Podejście przez leśne ostępy i maskowanie w terenie
Zgasiłam silnik na skraju rozmokłego szutrowego traktu, tuż za ostatnimi rozrzuconymi zabudowaniami Siedlisk. Kilkaset metrów na wschód stąd biegnie już pas drogi granicznej i wysokie ogrodzenie wyznaczające rubież z Ukrainą; w tym pasie przygranicznym panuje obezwładniająca, nienaturalna cisza, przerywana jedynie szelestem zeschłych traw i odległym krzykiem ptaków drapieżnych.
Zaciągnęłam mocniej pasy plecaka, sprawdziłam stan baterii w czołówce i ruszyłam leśnym duktem zagłębiającym się w gęsty kompleks dębowo-grabowy. Powietrze pachniało chłodną wilgocią, butwiejącą ściółką i rozmiękłą gliną pogórza. Już po kilkudziesięciu krokach teren zaczął się wyraźnie wypiętrzać. Pomiędzy wiekowymi pniami drzew zamajaczyły potężne, regularne stoki ziemne, które dla niewprawnego oka mogłyby uchodzić za naturalne fałdy wzniesienia.
W rzeczywistości stawałam u stóp zewnętrznego narysu obronnego Fortu I „Salis Soglio” – niekwestionowanego kolosa i najpotężniejszego dzieła artyleryjskiego całej Twierdzy Przemyśl, wzniesionego na strategicznym wzgórzu zamykającym podejścia do dawnego traktu lwowskiego.
Ścieżka poprowadziła mnie prosto ku szyi fortu, gdzie z gęstwiny leśnej wyłoniła się monumentalna brama wjazdowa, wywierająca wręcz hipnotyzujące wrażenie. Jej neoromańska architektura, rzadko spotykana w tak surowych obiektach czysto militarnych, zachwyca precyzją kamieniarską. Zbliżyłam się do lica muru i przesunęłam dłonią po chłodnych, starannie ciosanych blokach piaskowca, spojonych twardą jak skała zaprawą hydrauliczną. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Fort 44 Tonie, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Architektura militarna i żelbetowe stanowiska ogniowe
W potężnym łuku arkady wciąż widoczne są masywne gniazda po żelaznych czopach zawiasowych wrót dwuskrzydłowych, a po obu stronach wjazdu zieją wąskie, profilowane szczeliny strzelnic obrony bliskiej. Całe to założenie zaprojektował w latach 1882–1886 wybitny szwajcarski inżynier w służbie monarchii austro-węgierskiej, generał Daniel von Salis-Soglio, od którego nazwiska fort wziął swoje miano.
Był to wzorcowy fort główny, artyleryjski, dwuwałowy – z niższym wałem przeznaczonym dla stanowisk piechoty i górującym nad nim wałem wysokim dla baterii ciężkich dział, wyposażony w rozległe zaplecze koszarowe zdolne pomieścić kilkuset żołnierzy stałej załogi.
Przekroczyłam próg bramy i weszłam w strefę koszar szyjowych, gdzie temperatura natychmiast spadła o kilka stopni, a do nozdrzy dotarł charakterystyczny, piwniczny odór wilgotnego wapna i wieloletniego zastoju powietrza. Włączyłam czołówkę; jasny snop światła przeciął mrok i oparł się na monumentalnych sklepieniach kolebkowych.
Konstrukcję wzniesiono tu z doskonałej jakościowo, ciemnoczerwonej cegły klinkierowej, układanej w precyzyjnym wątku krzyżowym, wspartej gdzieniegdzie na grubych stalowych dwuteownikach systemu stropów Kleina. Na ścianach wciąż daje się dostrzec gdzieniegdzie ślady wojskowego oznakowania izb żołnierskich, resztki ceramicznych izolatorów instalacji telefonicznych oraz czarne smugi sadzy po naftowych lampach sztormowych. Choć część pomieszczeń parteru została zasypana przez gruz z wyższych kondygnacji, przejścia między kazamatami są wciąż drożne. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Fort XI Duńkowiczki, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Podziemne korytarze, izby załogi i magazyny amunicji
Każdy krok w butach trekkingowych wzbijał pył i wywoływał głuchy chrzęst wapiennego rumoszu, który niósł się echem po pustych, sklepionych amfiladach, przypominając o skali życia koszarowego, jakie tętniło tu ponad sto lat temu.
Z koszar szyjowych skierowałam się ku poternie głównej – potężnemu tunelowi komunikacyjnemu, który przecinał poprzecznie całe wnętrze fortu, łącząc zaplecze z wałami bojowymi i schronami pogotowia. Szłam w dół po pochyłym chodniku, omijając głębokie kałuże stojącej wody sączącej się przez spękane stropy. Z sufitu zwisały delikatne, białe nacieki kalcytowe – miniaturowe stalaktyty formujące się przez dekady z wypłukiwanego z zaprawy wapna.
W tym klaustrofobicznym korytarzu niezwykle łatwo wyobrazić sobie piekło pierwszego oblężenia Przemyśla z przełomu września i października 1914 roku. To właśnie na ten odcinek obrony carski generał Radko Dymitriew skierował najcięższe uderzenie swoich korpusów. Załoga „Salis Soglio”, wspierana przez sąsiednie baterie grupy Siedliska, ryglowała podejścia morderczym ogniem dział 12- i 15-centymetrowych oraz kartaczownic.
Przez te wąskie kazamaty przetaczał się wówczas nieustanny huk setek eksplozji, dławiący dym prochowy i jęki rannych znoszonych z pozycji strzeleckich na wałach, gdy rosyjskie fale piechoty załamywały się w gęstych zasiekach z drutu kolczastego na przedpolu fortu.
W cieniu dawnego konfliktu: dzieje i zadania bojowe
Wyszłam z mrocznych podziemi na poziom górnego wału artyleryjskiego i w jednej chwili zaniemówiłam na widok skali wojennej apokalipsy. Przetrwawszy mordercze, zimowe drugie oblężenie – trwające od listopada 1914 do marca 1915 roku, naznaczone paraliżującym mrozem, tyfusem, głodem i zjadaniem koni pociągowych – fort nigdy nie został zdobyty bezpośrednim szturmem przez piechotę carską.
Jednak 22 marca 1915 roku, wobec wyczerpania wszelkich zapasów żywności i amunicji, komendant twierdzy generał Hermann Kusmanek wydał bezwzględny rozkaz kapitulacji po uprzednim zniszczeniu całego potencjału obronnego. Austriaccy saperzy wykonali to zadanie z przerażającą, pedantyczną precyzją. Pod komory amunicyjne, tradytory i filary kazamat podłożono dziesiątki ton materiałów wybuchowych.
O poranku 22 marca ziemia wokół Siedlisk zafalowała, a w niebo wzbił się gigantyczny pióropusz ognia i pyłu. Eksplozje rozerwały monolityczne, dwumetrowej grubości płyty wczesnego betonu zbrojonego, wyrzucając wielotonowe bloki w powietrze jak odłamki porcelany.
Podeszłam ostrożnie do krawędzi jednego z wysadzonych tradytorów. Widok jest wręcz nierealny: gigantyczne bloki szarego betonu, ważące po kilkadziesiąt ton każdy, leżą poodrzucane na boki, popękane i spiętrzone pod kątem czterdziestu pięciu stopni, niczym kry lodowe na rzece podczas potężnego zatoru. Ze zgruchotanego betonu sterczą całe wiązki grubych, spiralnie skręconych prętów stalowych i rozerwane profile nośne, powyginane potworną energią detonacji w fantazyjne, upiorne kształty.
Na powierzchniach spękanego betonu wciąż widać wyraźne odciski desek szalunkowych – świadectwo ówczesnej technologii wylewania masy cementowej. W miejscach, gdzie dawniej stały pancerne kopuły obserwacyjne i obrotowe wieże pancerne konstrukcji Hermanna Grusona, zieją dziś potężne leje i zasypane kratery. Na tym żelazobetonowym cmentarzysku władzę bezdyskusyjnie przejęła już jednak przyroda.
Rdza, mech i przemijanie betonowych umocnień
Między szczelinami wysadzonych stropów wyrosły dorodne dęby i gęste paprocie, a grube kożuchy wilgotnego mchu otuliły poszarpane krawędzie kamienia, zacierając granicę między ludzką inżynierią a odradzającym się lasem.
Postanowiłam zejść do dna suchej fosy, co wymagało sporej sprawności i nieustannej ostrożności. Zsunęłam się po stromej, wilgotnej przeciwskarpie, trzymając się wystających korzeni grabów i omijając zwarte łany leśnych pokrzyw, które kryją pod sobą głębokie leje i odłamki ostrego tłucznia. Z poziomu dna fosa uderza swoim surowym majestatem.
Od strony wału wznosi się monumentalny mur oporowy skarpy wykonany z regularnych ciosów piaskowca, nad którym zwisają firanki leśnej roślinności. Na załamaniach fosy natrafiłam na pozostałości kaponier – kazamatowych budowli przeznaczonych do ryglowania rowu fortecznego ogniem dział szybkostrzelnych i karabinów maszynowych. Wślizgnęłam się przez niskie pęknięcie do wnętrza ocalałej poterny przeciwskarpy.
Wewnątrz panował lodowaty chłód, a krople wody miarowo uderzały o kamienną posadzkę, wybijając powolny rytm w ciemności. Trzeba tu jednak bezwzględnie zachować czujność: w podłożu fosy i korytarzy znajdują się niezabezpieczone, głębokie studzienki odwadniające oraz zdradliwe zapadliska, w których zbutwiałe gałęzie maskują kilkumetrowe pionowe uskoki do dawnych podwalin.
Bezpieczeństwo i przygotowanie do leśnej eksploracji
Gdy wydostałam się z powrotem na koronę zewnętrznego wału, nad granicznym lasem zaczynał zapadać wczesny zmierzch. Promienie zachodzącego słońca przeciskały się przez gałęzie dębów, kładąc długie, purpurowe smugi światła na chropowatym betonie i ceglanych arkadach bramy wjazdowej. W tej gasnącej poświacie potężna sylwetka „Salis Soglio” zdawała się powoli zasypiać, stapiając się w jedno z milczącym wzgórzem Siedlisk.
Wyłączyłam latarkę, schowałam notatnik do bocznej kieszeni plecaka i ruszyłam w dół leśną ścieżką w stronę pozostawionego na skraju duktu auta. k. imperium, a za plecami zostawiałam jedno z najbardziej przejmujących i majestatycznych świadectw dawnej wojny, powoli i nieubłaganie pochłaniane przez podkarpacką puszczę.
Czy mieliście okazję stanąć oko w oko z potęgą fortów Twierdzy Przemyśl, a jeśli tak, który z nich wywarł na Was największe wrażenie swoją skalą i dzikością?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🛡️ Fort 44 Tonie – stalowy gigant Twierdzy Kraków i pancerze podziurawione pociskami – Potężny fort pancerny ukryty w krzakach – pancerne kopuły ze śladami po trafieniach pocisków. Moja samotna wyprawa na wały Fortu 4… (Raport w archiwum)
- 🛡️ Fort 49 ¼ Grębałów i prochownia – dzikie obwałowania Twierdzy Kraków w Nowej Hucie – Austriacka Twierdza Kraków w wersji dzikiej – ceglano-kamienne zielone wały zarośnięte gęstwiną bzu, klonów i bluszczu, mroczne po… (Raport w archiwum)
- 🛡️ Fort XI Duńkowiczki – wysadzony pancerny gigant Twierdzy Przemyśl w objęciach lasu – Monografia pancernego fortu XI Duńkowiczki. Spiętrzone bloki betonu, zgruzowane pancerze tradytorów, podziemne korytarze i mroczne… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🛡️ Fort IV „Chrzanów” – zapomniane kazamaty carskiej Twierdzy Warszawa w leśnej gęstwinie – Poza zgiełkiem stolicy. Eksploracja zarośniętych wałów, zalanych potern i ceglanych koszar carskiego Fortu IV Chrzanów na zachodni… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.