Ścieżka przez knieję ku zapomnianej świątyni
Zostawiłam za sobą zabudowania Kamiennej Góry i skierowałam się na zachód, ku surowym, pofałdowanym przedgórzom, gdzie Kotlina Kamiennogórska zaczyna powoli dźwigać się w stronę zamglonych grzbietów Rudaw Janowickich. Listopadowe popołudnie gasło gwałtownie, spychając nad okoliczne doliny ołowianą zawiesinę chmur, które niemal ocierały się o czarne wierzchołki świerków.
Zjechałam z asfaltowej szosy w wąski, rozmiękły od jesiennych ulew dukt leśny, wcinający się głęboko w strome zbocze górujące nad Pisarzowicami. Wąwóz pachniał kwaśnym, butwiejącym igliwiem, wilgotną rudą żelaza i przemarzniętą, sudecką gliną, a koła samochodu z trudem łapały przyczepność na głębokich, kamienistych koleinach.
Kiedy wyłączyłam silnik, górska przestrzeń natychmiast zamknęła się wokół mnie głuchą, przejmującą ciszą, przerywaną jedynie miarowym kapaniem wody z ogołoconych gałęzi buków oraz dalekim szumem wiatru w koronach modrzewi. Z gęstwiny bezlistnych podszytów i mrocznych świerków wyłonił się nagle potężny, surowy kształt, który z początku wzięłam za samotną basztę zapomnianej warowni.
Konstrukcja murów, ocalałe sklepienia i zarys ołtarza
Dopiero po chwili rozpoznałam dostojną sylwetkę dawnego kościoła ewangelickiego – rdzawoczerwony piaskowiec odcinał się od wilgotnej zieleni mchów niczym stygnący żar dawnego pieca, a wysoka wieża dzwonnicy trwała niewzruszenie ponad koronami drzew, wznosząc się prosto ku ołowianemu niebu. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Kościół w Unisławiu Śląskim, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Podejście pod ruiny wymagało ode mnie maksymalnego skupienia i ostrożności. Strome zbocze wzgórza pokrywała zdradliwa warstwa rozmokłych liści bukowych, pod którymi kryła się tłusta, czerwona glina przemieszana z luźnym rumoszem ostrokrawędzistych kamieni. Doceniłam niezwykłą sztywność cholewek moich wysokich, skórzanych butów górskich, gdy na śliskim trawersie stopa raz po raz zsuwała się w niewidoczne, zdradliwe zagłębienia terenu.
W głębokim leśnym jarze u podnóża dawnego cmentarza mój telefon całkowicie utracił łączność ze stacjami bazowymi; zgaszony, ciemny ekran oznaczał, że w razie jakiegokolwiek potknięcia byłam zdana wyłącznie na własne siły. Sięgnęłam do bocznej kieszeni plecaka po magnetyczny kompas, zestawiłam jego wskazania ze sfatygowaną papierową mapą topograficzną i ruszyłam w stronę dawnego kamiennego ogrodzenia.
Pokonałam resztki rozkruszonego muru z polnego granitu, przedzierając się przez kolczaste zarośla tarniny oraz zdziczałych głogów, których twarde gałęzie bezlitośnie czepiały się rękawów woskowanej kurtki. Podeszłam do monumentalnego, neoromańskiego portalu i oparłam dłoń o ociosany blok. Czerwony piaskowiec, wydobyty przed niemal dwoma stuleciami z lokalnych sudeckich łomów, emanował przejmującym, lodowatym chłodem.
Sakralne detale, leśny cmentarz i wiekowe nagrobki
Pod opuszkami palców wyczuwałam ziarnistą strukturę skały, precyzyjne ślady żłobień dawnych dłut kamieniarskich oraz głębokie, erozyjne wżery, w których zadomowiły się szare plechy naskalnych porostów. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Kościół w Orzechowie, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Przekroczyłam potężny, kamienny próg kruchty i weszłam do wnętrza nawy, gdzie uderzyła mnie bezkresna, chłodna pustka. Nad moją głową nie było już dachu, drewnianych stropów ani modrzewiowej więźby – zamiast nich ziała otwarta przestrzeń wypełniona wilgotnym, sudeckim powietrzem i przesuwającymi się nisko chmurami.
Świątynię w ówczesnym Schreibendorfie wzniesiono w latach 1842–1844 według rygorystycznych założeń modnego wówczas stylu arkadowego, nawiązującego wprost do powagi wczesnochrześcijańskich bazylik i rzymskich rotund. Budowa tego okazałego gmachu stała się możliwa dzięki bezpośredniemu mecenatowi oraz osobistemu darowi finansowemu króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV Hohenzollerna, który zafascynowany pejzażem Sudetów i romantycznym mistycyzmem sakralnej architektury, chętnie wspierał powstawanie nowych protestanckich zborów u stóp tutejszych pasm górskich.
Przez całe stulecie to wnętrze stanowiło centrum duchowego świata miejscowej społeczności. Gromadzili się tutaj śląscy tkacze chałupnicy, pasterze, drwale i drobni gospodarze, dla których niedzielne nabożeństwo było jedynym wytchnieniem od codziennego, mozolnego trudu. Dźwięk dzwonów zawieszonych w wysokiej wieży przetaczał się potężnym echem po jarach i polanach Rudaw Janowickich, zwołując całe pokolenia rodzin.
Historia parafii, dawni wierni i zawierucha dziejowa
Wypełnione światłem empory rozbrzmiewały surowymi protestanckimi chorałami, a z ambony płynęły słowa o niezłomnej wierze, która miała trwać tak samo pewnie, jak granitowe zręby okolicznych gór.
Tragiczny przełom roku 1945 zmiótł tę wielopokoleniową wspólnotę w ciągu zaledwie kilku gwałtownych miesięcy. Po zakończeniu działań wojennych i przymusowym wysiedleniu rdzennych niemieckich mieszkańców, pisarzowicki kościół opustoszał, stając się niemym reliktem minionej epoki na ziemiach włączonych w granice powojennej Polski.
Nowi mieszkańcy wsi, przybyli z utraconych Kresów Wschodnich i zniszczonych wsi centralnej Polski, traktowali obcą formę ewangelickiego zboru z głęboką rezerwą, skupiając swe życie religijne wokół pobliskiego kościoła katolickiego. Opuszczona świątynia stała bezbronna wobec sił natury oraz powolnej degradacji. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku dopełnił się ostateczny akt zniszczenia – kościół strawił gwałtowny, podsycany górskim wiatrem pożar.
Płomienie pochłonęły potężne krokwie, stropy i drewniane empory, a ciężkie połacie łupkowego poszycia runęły z ogłuszającym hukiem w dół, grzebiąc pod zwałami popiołu i rumowiska całe ocalałe wyposażenie. To, czego nie zniszczył ogień, padło łupem szabrowników: wyrwano kute żelazne balustrady, zdemontowano granitowe ciosy posadzki i rozbito chrzcielnicę.
Cisza leśnej nawy i sacrum pośród drzew
Dziś na miejscu dawnego ołtarza rosną strzeliste brzozy i samosiejki jarzębin, których korzenie wżerają się głęboko w spoiny fundamentów prezbiterium, rozsadzając kamienie z bezlitosną, cichą powolnością.
Ruszyłam ostrożnie w stronę ciemnej kruchty pod wieżą, stąpając po grubej warstwie zbutwiałych liści, darni i spękanego łupka dachowego. Wciągnęłam na dłonie grube rękawice z garbowanej skóry, chroniące przed ostrymi odłamkami cegieł i zardzewiałymi gwoździami, gdy podpierałam się na stromych zwałach gruzu. Włączyłam czołówkę, a jej biały, skoncentrowany promień wyrwał z mroku głębokie nisze dawnych krypt grobowych oraz zdradliwe zapadliska podposadzkowe.
Spojrzałam w dół z ogromną ostrożnością – spękane sklepienia dawnych piwnic groziły nagłym zarwaniem pod niebacznie postawionym ciężarem ciała. Nagle znad grzbietu Rudaw Janowickich runął silniejszy szkwał górskiego wiatru; zimne powietrze wtargnęło przez puste otwory neoromańskich biforiów i zaszumiało w pustej nawie z potęgą organowych piszczałek.
Odruchowo odskoczyłam pod osłonę nośnego filara, słysząc, jak z wysokiego gzymsu wieży odrywa się mały odłamek piaskowca i rozbija o kamienie z suchym, złowrogim trzaskiem. Przez puste łuki okienne widziałam czarne sylwetki pobliskich świerków miotanych podmuchami, a w zapadającym zmierzchu zrujnowany kościół wydał mi się szkieletem potężnego okrętu wyrzuconego przez fale czasu na bezludny, skalisty brzeg.
Szacunek dla miejsca i praktyczne wskazówki dojścia
Wróciłam na środek dawnego korpusu nawowego i zamilkłam, chłonąc przenikliwy chłód nadchodzącej sudeckiej nocy. Ostatnie promienie zachodzącego słońca przedarły się przez wąską szczelinę w ołowianych chmurach nad grzbietem Wielkiej Kopy, barwiąc ciosy czerwonego piaskowca niezwykłą, purpurową poświatą. W tym krótkim momencie kamienne ściany zdawały się żarzyć wewnętrznym ogniem, jakby pamięć dawnych modlitw, cierpień i nadziei tutejszych ludzi odmówiła ostatecznego zgaśnięcia.
Wszystko, co miało zapewniać tej budowli wieczność – królewski patronat Hohenzollernów, potęga dawnego państwa, kunszt budowniczych i pokorna pobożność wiejskiego ludu – rozsypało się w proch przed nieubłaganym biegiem historii oraz prawami przyrody. Pozostały tylko te nagie, kamienne arkady, pod którymi sudecki las prowadzi swoje własne, bezsłowne nabożeństwo przemijania.
Zapięłam pas biodrowy plecaka i rozpoczęłam powolne zejście ku dolinie, z każdym krokiem czując, jak gęstniejący mrok pochłania samotną sylwetkę wieży w Pisarzowicach. Czy pośród współczesnego pędu i bezrefleksyjnej łatwości, z jaką zapominamy o przeszłości całych krain, potrafimy jeszcze usłyszeć ten cichy, surowy głos zaklęty w opuszczonych murach, przypominający o nieuchronnym kresie każdego ludzkiego dzieła?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🌲 Kościół w Unisławiu Śląskim – sudecka świątynia pośród stromizn Gór Suchych – Monografia opuszczonego kościoła w Unisławiu Śląskim. Kamienna wieża z melafiru, zapadnięte drewniane empory, wiatry ze Stożka Wie… (Raport w archiwum)
- 🌲 Kościół w Grodzisku – neoromańska świątynia zagubiona w lubuskim borze – Monografia opuszczonego kościoła w Grodzisku. Samotna wieża przebijająca korony drzew, pusta nawa porośnięta mchem i melancholia d… (Raport w archiwum)
- ⛪ Kościół w Orzechowie – samotna świątynia wysiedlonej warmińskiej wsi – Zapomniana wieś, z której zostali tylko ludzie na cmentarzu i opuszczona czerwona świątynia w lesie. Jak rządowy ośrodek w Łańsku … (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🏚️ Kościół w Chrapowie – gotycka ruina z polnego kamienia pośród lubuskich pól – Monografia czternastowiecznego kościoła z kamienia polnego w Chrapowie. Puste ostrołukowe okna, zapadnięty dach, zarośnięty cmenta… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.