Podejście przez leśne ostępy i maskowanie w terenie
Kiedy zjeżdża się z krajowej drogi i przecina płaskie, surowe pustkowia Ziemi Łęczyckiej, krajobraz z wolna traci jakiekolwiek wyraźne punkty odniesienia. Asfalt ustępuje miejsca spękanym betonowym płytom, a wreszcie wyboistej drodze gruntowej, na której zawieszenie samochodu zaczyna nerwowo stukać o ukryte w głębokich koleinach korzenie wierzb.
W powietrzu czuć było gęstą, chłodną wilgoć zwiastującą bliskość rozlewisk – ten specyficzny zapach butwiejącego tataraku, torfu i parującej po deszczu czarnej ziemi, który wdzierał się przez uchyloną szybę przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru. Gdy wreszcie zjechałam na trawiaste pobocze i przekręciłam kluczyk w stacyjce, nagła cisza niemal zadzwoniła mi w uszach. Opadły tumany kurzu, a silnik zaczął powoli stygnąć, wydając pojedyncze, metaliczne cyknięcia.
Zapięłam plecak, poprawiłam wysokie buty i ruszyłam wąską ścieżką wzdłuż starej grobli, przecinając gęstwinę trzcinowisk rzeczki Orłówki. I wtedy, spomiędzy powykręcanych, bezlistnych gałęzi rosochatych wierzb, uderzyła mnie czerwień – samotna, potężna bryła gotyckiej wieży bramnej wyrastająca wprost ze spokojnego lustra stawu, surowa i obca w tym monotonnym, rolniczym pejzażu.
Architektura militarna i żelbetowe stanowiska ogniowe
Przejście na teren zamku wiedzie przez drewniany pomost, który głucho rezonował pod moimi krokami, płosząc odpoczywające w sitowiu czaple i kaczki. Sama twierdza posadowiona jest na sztucznie usypanym, czworobocznym kopcu, który dawniej tworzył niedostępną wyspę pośród zdradliwych bagien. Z bliska ogrom zachowanej substancji budowlanej robi porażające wrażenie. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Renesansowa rezydencja w Kotlinie Kłodzkiej, o której zapomniały foldery turystyczne, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Podeszłam pod południową ścianę trójkondygnacyjnej wieży bramnej i położyłam dłoń na murze: w dolnej partii dominują potężne, chłodne głazy narzutowe, o które łamały się fale fosy, spojone twardą jak skała zaprawą wapienną z domieszką kurzego białka i drobnego żwiru. Wyżej kamienny cokół ustępuje miejsca ciemnoczerwonej, gotyckiej cegle palcówce, gdzieniegdzie poprzetykanej zendrówką – cegłą wypalaną niemal do zeszklenia, lśniącą w popołudniowym słońcu grafitowym połyskiem.
Weszłam do wnętrza przez dawny przejazd bramny. Pod butami zachrzęścił gruby rumosz: potłuczone dachówki, wykruszona zaprawa i zwietrzały tynk, który wciąż jeszcze trzyma się resztkami sił w narożnikach dawnych sklepień. W powietrzu unosił się ciężki zapach wilgotnego próchna, stęchłego wapna i wodnego szlamu.
W niszach bramnych wypatrzyłam doskonale zachowane pionowe prowadnice, w których niegdyś opadała ciężka dębowa brona kuta żelazem, a wyżej – puste gniazda po belkach stropowych, w których dziś gniazdują jaskółki. Przeszłam na zarośnięty pokrzywami i dzikim bzem majdan. Wokół wznoszą się obwodowe mury dawnego skrzydła mieszkalnego, ziejące pustymi, ostrołukowymi otworami okiennymi, przez które wiatr przewiewa zapach stawu.
Podziemne korytarze, izby załogi i magazyny amunicji
Światło słoneczne cięło wnętrze pod ostrym kątem, rzucając geometryczne cienie na spękane relikty kominków i resztki renesansowych obramień. Przesuwając palcami po chłodnej płaszczyźnie cegieł na wewnętrznym dziedzińcu, odnalazłam nawet odciski palców dawnych rzemieślników, którzy formowali glinę setki lat temu, a tuż obok – resztki sczerniałych żelaznych kotew montażowych. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Zamek w Ćmielowie, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Każdy krok wymagał skupienia, bo pod grubym kożuchem mchu i traw kryją się zapadnięte kanały odpływowe oraz gruzowiska z dawnych pięter. Stałam tam zupełnie sama, słuchając jedynie plusku fal uderzających o podnóże fundamentów i monotonnego szumu wiatru uwięzionego w pustych murach.
Kiedy zagłębiłam się w archiwalne dokumenty Ziemi Łęczyckiej, wyłonił się z nich fascynujący obraz późnośredniowiecznej potęgi. Warownię w Besiekierach wzniósł na przełomie XV i XVI stulecia Mikołaj Sokołowski herbu Pomian, ówczesny łowczy łęczycki, a później wojewoda brzesko-kujawski. Usypanie potężnego kopca na nadrzecznym bagnie i wbicie w dno tysięcy dębowych pali wymagało gigantycznego nakładu pracy poddanych oraz fortuny, którą ród czerpał z handlu zbożem i solą.
W pierwszej połowie XVII wieku rezydencję przejął kasztelan brzeziński Andrzej Szczawiński, który przekształcił gotycki kasztel w reprezentacyjną siedzibę z krużgankami i słynnym w całym województwie „pokojem karmazynowym”. Jednak kres rozkwitu nadszedł nagle: potop szwedzki przyniósł grabież i zniszczenie, a dzieła upadku dopełnił potężny pożar pod koniec XVIII wieku. Zubożali właściciele przenieśli się do skromnego dworu na podzamczu, a dumny zamek na wodzie pozostawiono żywiołom.
W cieniu dawnego konfliktu: dzieje i zadania bojowe
Z tą spektakularną budową nierozerwalnie splata się mroczna legenda, którą starsi mieszkańcy okolicznych wsi do dziś powtarzają zimą przy piecach. Opowiada ona o zakładzie z łęczyckim diabłem Borutą. Pewien dumny szlachcic – utożsamiany z fundatorem – zapragnął wznieść niezdobytą twierdzę pośród topielisk w zaledwie jeden rok, ale bez użycia choćby jednej siekiery.
Boruta obiecał znieść kamienie i wypalić cegły w zamian za duszę rycerza po ukończeniu prac. Budowa szła nadludzko sprawnie, mury rosły bez odgłosu ciesielskich toporów, aż w przeddzień terminu czart odkrył podstęp: w budowie brał udział cieśla noszący nazwisko Siekierka, a w belkach ukryto ociosane wcześniej elementy. Diabeł uznał zakład za wygrany, strącił rycerza w zamkową toń i pochłonął jego duszę.
Od tamtej pory warownię nazwano Besiekierami, a miejscowi wierzą, że Boruta wciąż czuwa nad zatopionym w mule skarbem, ukazując się o północy pod postacią czarnego psa lub błędnych ogników nad trzcinami.
Choć zamek w Besiekierach posiada drewnianą kładkę i sprawia wrażenie bezpiecznej, trwałej ruiny, teren ten kryje w sobie realne pułapki, których nie wolno lekceważyć. Największym zagrożeniem są strome, nieumocnione brzegi sztucznego kopca i otaczający go staw. Glina na skarpach po deszczu zamienia się w śliską jak lód maź, a grząski szlam w fosie potrafi w ułamku sekundy zassać but powyżej kostki.
Rdza, mech i przemijanie betonowych umocnień
Zbliżanie się do samej krawędzi wody grozi nagłym zsunięciem się do głębokiego mułu. Należy również zachować szczególną czujność pod samymi murami: korona wieży bramnej i ścian obwodowych jest w wielu miejscach spękana przez korzenie samosiejek, a obluzowane, kilkukilogramowe fragmenty cegły zendrówki mogą runąć na dziedziniec bez żadnego ostrzeżenia.
Wędrując wokół dawnej fosy, doceniłam sztywność moich wysokich, zaimpregnowanych butów trekkingowych z głębokim bieżnikiem – gruba podeszwa pewnie trzymała się śliskiej gliny i chroniła stawy skokowe przed ostrym gruzem zendrówek. Skórzane rękawice robocze okazały się niezastąpione podczas asekuracji na mokrym rumowisku, a mocna czołówka pozwalała mi bezpiecznie badać ciemne zaułki sieni bramnej.
W obniżeniu terenu nad wodą telefon całkowicie utracił zasięg sieci komórkowej, dlatego drogę kontrolowałam na papierowej mapie. Gęste trzcinowiska i nadrzeczne zarośla wymagały szczelnej odzieży, która stanowiła barierę przed kleszczami i chmarami komarów.
Bezpieczeństwo i przygotowanie do leśnej eksploracji
Kiedy słońce zaczęło powoli chować się za linią płaskiego horyzontu Ziemi Łęczyckiej, z rozlewiska podniosły się pierwsze, mleczne opary mgły. Czerwona cegła wieży w Besiekierach pociemniała, nabierając głębokiego, purpurowego odcienia, a jej poszarpany zarys odbijał się w niemal czarnej tafli wody jak widmowy relikt minionej epoki. W takich miejscach uderza mnie zawsze bezwzględność czasu.
Cała ta feudalna potęga, pycha możnych rodów, zbrojne hufce i architektoniczny kunszt uległy cierpliwej pracy wody, mrozu i wiatru. Człowiek stworzył na bagnie warownię nie do zdobycia, lecz wystarczyło zaledwie kilka stuleci obojętności, by natura powoli odebrała to, co kiedyś jej wydarto.
Wracałam drewnianym pomostem w stronę samochodu w absolutnym zmierzchu, wsłuchując się w chłodny szelest trzcin i daleki krzyk nocnego ptactwa. Czy Wy również czujecie ten specyficzny, melancholijny magnetyzm w opuszczonych zamkach posadowionych na wodzie? A może znacie inne, mniej znane zakątki Ziemi Łęczyckiej, w których do dziś żywe są podania o Borucie i dawnych zaginionych skarbach?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🏰 Renesansowa rezydencja w Kotlinie Kłodzkiej, o której zapomniały foldery turystyczne – Renesansowa rezydencja w Kotlinie Kłodzkiej, o której zapomniały foldery turystyczne. Spalone skrzydła, renesansowe attyki i taras… (Raport w archiwum)
- 🌲 Ruiny Fabryki Wag Wilhelma Hessa w Lublinie – ceglany industrial i zapomniane imperium wagi – Czerwony klinkier, zapach sadzy i brzozy wyrastające z wybebeszonych hal fabrycznych. Eksploracja XIX-wiecznych ruin Fabryki Wag W… (Raport w archiwum)
- 🏰 Zamek w Ćmielowie – ruiny renesansowej rezydencji na wyspie rzeki Kamiennej – Monografia szesnastowiecznego zamku Szydłowieckich w Ćmielowie. Renesansowa basteja, dekorowane portale z piaskowca, zarośnięta fo… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🏛️ Zamek w Gorzanowie – zapomniane oficyny i dziki park dawnych hrabiów – Ogromny kompleks w Kotlinie Kłodzkiej – opowieść o dawnej potędze i zapomnianych ruinach folwarku. Jak wygląda dziś monumentalna r… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.