Zaginiona dolina i zatarte trakty dawnej osady
Zostawiłam wysłużone auto na zarośniętym poboczu między Rzepedzią a Komańczą, w miejscu, gdzie szosa opuszcza dno doliny Osławicy. Wrześniowy brzask wstawał ołowiany, nasączony chłodem, a nad spienionym nurtem kłębiły się sine mgły, osiadające wilgocią na kołnierzu mojej kurtki i trokach plecaka. Wkroczyłam w rwący nurt rzeki bez ociągania, choć lodowata woda sięgnęła mi powyżej kolan, napierając głuchą siłą na piszczele.
Dno rzeki usiane było wyślizganymi otoczakami fliszu piaskowcowego, obrośniętymi kożuchem glonów; każdy krok wymagał podwójnego oparcia na kijkach i badania gruntu, zanim odważyłam się przenieść ciężar ciała na ugiętą nogę. Sztywna cholewka moich wysokich butów górskich uchroniła kostkę przed bolesnym skręceniem, gdy jedna z płyt niespodziewanie ustąpiła w głębszą wyrwę. Po sforsowaniu rzeki stanęłam u wylotu wąskiego parowu, w którym niknął potok Jawornik.
W tej samej chwili mój telefon w kieszeni definitywnie stracił zasięg jakiejkolwiek sieci, a ekran zgasł w bezużytecznym milczeniu. Zostałam sam na sam z papierową mapą topograficzną zabezpieczoną folią oraz małym kompasem, którego igła drżała, wskazując kierunek w głąb wyludnionej doliny.
Ślady po domostwach: podmurówki, piwnice i dzikie sady
Dolina Jawornika wciągnęła mnie w swój zielony mrok niczym gardziel pierwotnej kniei. Dawny trakt wiejski, którym przez stulecia toczyły się wozy i pędzono woły na pastwiska, dawno przestał istnieć – zamiast drogi szłam rozlewiskiem potoku, brodząc w lepkiej mazi i pokonując zwalone pnie olch i jaworów. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Beniowa, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Dzieje tej ziemi sięgają szesnastego stulecia; wieś Jawornik lokowano na prawie wołoskim w 1546 roku na mocy przywileju królewskiego, w zacisznej kotlinie rzeźbionej przez wody spływające z grzbietów Wysokiego Działu. Przez kolejne wieki pokolenia łemkowskich rodzin wrastały w ten surowy krajobraz, budując byt na granicy lasu i kamienistej roli.
Ich codzienność wyznaczały ciężki zrąb buczyny, wypas bydła na stromych upłazach, uprawa owsa oraz głęboka duchowość wschodnia. To tutaj, w listopadzie 1918 roku, zrodził się niezwykły epizod karpackich dziejów – mieszkańcy Jawornika wraz z sąsiadami z Komańczy i okolicznych wsi proklamowali Republikę Komańczańską, tworząc własną namiastkę wolnego państwa rusińskiego.
Płomienna próba samostanowienia trwała zaledwie kilka miesięcy, nim zdławiły ją oddziały wojskowe, lecz pamięć o tamtej wspólnocie przetrwała w dolinie aż do chwili jej ostatecznego unicestwienia.
Relikty dawnego życia ukryte w poszyciu
Marsz w górę biegu potoku wymagał nieustannego zmagania się z materią karpackiego buszu. Przedzierałam się przez gęste zarośla łopianu o liściach wielkich jak młyńskie koła oraz przez parzące ściany dwumetrowych pokrzyw. Założyłam grube rękawice ze skóry bydlęcej, dzięki czemu mogłam bezpiecznie odginać kolczaste pędy dzikich jeżyn i tarnin zagradzające przejście. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Studenne, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Co kilkadziesiąt metrów napotykałam w zaroślach zdradliwe zapadliska – czarne, prostokątne wyrwy w poszyciu, w których kryły się kamienne piwnice dawnych łemkowskich chyż. Ściany tych podziemnych komór, wznoszone na sucho z łamanego piaskowca, w wielu miejscach zapadły się do wnętrza, a na dnie zalegała cuchnąca woda wymieszana ze zbutwiałymi liśćmi bukowymi.
Gdy moja stopa omsknęła się na zdradliwej krawędzi jednego z takich dołów, zawisłam na ułamek sekundy nad czeluścią, chwytając się pnia młodego jaworu. Pośród tej bezwzględnej zieleni najtrwalszym śladem ludzkiego trudu okazały się zdziczałe sady. Stare jabłonie o pokręconych konarach uginały się pod ciężarem drobnych owoców.
Zerwałam jedno z jabłek i wgryzłam się w miąższ; lodowaty, cierpki sok natychmiast ściągnął mi usta leśną goryczą, uświadamiając, jak nieubłaganie puszcza zaciera granice dawnych zagród.
Dlaczego wieś zniknęła z map: przesiedlenia i pożoga
Wyminąwszy kolejny meander ruczaju, wspięłam się na wyraźne wypłaszczenie terasy nadrzecznej, wznoszącej się nad korytem potoku. W cieniu potężnych, wielowiekowych lip odnalazłam centrum dawnej wsi – cerkwisko. W wilgotnym półmroku leśnym, spowitym kobiercem paproci i mchów, dostrzegłam regularny zarys kamiennego fundamentu. Drewniana cerkiew greckokatolicka pod wezwaniem świętego wielkiego męczennika Dymitra stanęła w tym miejscu w 1843 roku, wzniesiona rękami tutejszych cieśli z jodłowych bali.
Podeszłam do zarysu dawnego babińca, odnajdując pod stopami dwa ociosane stopnie z piaskowca, które niegdyś tworzyły zachodnie wejście do świątyni. Kamienie były gładko wyślizgane przez pokolenia stóp w skórzanych kierpcach; dotknęłam ich omszałej powierzchni, czując pod palcami chłód karpackiego fliszu. Kamienna podmurówka pozwalała precyzyjnie odczytać trójdzielny rzut cerkwi: babiniec, szerszą nawę oraz zamknięte wielobocznie prezbiterium, skierowane ku wschodowi.
Uklękłam pośrodku dawnej nawy, gdzie ziemia pachniała butwiejącym drewnem; rozgarniając mech, natrafiłam na kruche grudki spalonego węgla oraz zardzewiały, kuty gwóźdź o czwórogrannym przekroju – dotykalne szczątki zniszczonego stropu i ikonostasu.
Zagłada Jawornika była nagła, krwawa i pełna dymu. W marcu 1946 roku dolina stała się scenerią zaciętego boju, kiedy kwaterujący we wsi żołnierze zostali zaatakowani przez sotnię partyzantki ukraińskiej. W pożodze starcia drewniana cerkiew świętego Dymitra spłonęła doszczętnie, obracając w popiół ikony, carskie wrota i polichromie pochodzące z dziewiętnastego stulecia. Dopełnieniem tragedii była wiosna 1947 roku i brutalna operacja „Wisła”.
Las, który pochłonął ludzkie zagrody
Łemkowskie rodziny z Jawornika wypędzono z ojcowizny w ciągu kilkudziesięciu minut, pozwalając zabrać jedynie skromne tobołki. Pędzono ich pod eskortą karabinów na rampę kolejową w Szczawnem i Zagórzu, by bydlęcymi wagonami rozwieźć po obcych ziemiach zachodniej i północnej Polski, skazując wspólnotę na zatarcie tożsamości. Porzucone chyże podpalono lub rozebrano, a dolinę ogarnęła martwota, przerywana jedynie szumem wody toczącej się po progach skalnych.
Za prezbiterium cerkwi, wspinając się po stromym skłonie jaru, wkroczyłam na cmentarz. Spomiędzy traw wyłaniały się pochylone nagrobki z piaskowca, oplecione korzeniami starych jesionów. Większość z nich wieńczyły zardzewiałe krzyże z kowalskiego żelaza – dzieła tutejszych kowali z doliny Osławicy. Ich ramiona, przeżarte przez rudą rdzę, zdobiły kunsztowne rozety, trójlistne zakończenia i kute promienie.
Uklękłam przy jednym z cokołów i dłonią w rękawicy usunęłam gruby kożuch mchu. W miękkim piaskowcu wyryte były litery cyrylicy, składające się w proste słowa modlitwy za duszę sługi Bożego Petra. Litery były chropowate, zatarte przez dziesięciolecia mrozów, lecz wciąż czytelne. W tej leśnej mogile spoczywał człowiek, który kochał tę ziemię i wierzył, że jego pamięć pozostanie tu nienaruszona.
Dzień gasł za poszarpaną granią lasu, a chłód doliny stawał się coraz bardziej dotkliwy. Leśne cienie zalewały jar potoku atramentową szarością, a w powietrzu unosił się zapach wilgotnej gliny i butwiejących liści. Spakowałam notatnik do wodoszczelnego worka, zapięłam klamry plecaka i wyjęłam czołówkę. Schodząc ku korytu, w miękkim szlamie zauważyłam świeże odciski wilczych łap; drapieżnik musiał przejść tędy niedawno, przemykając z ostępów Wysokiego Działu.
Nawigacja w gęstwinie i etyka eksploracji wysiedlonych wsi
Pustka Jawornika sprawiła, że w te jary powróciły wilki i rysie, odzyskując dawne terytoria. Przeprawa powrotna przez wezbrany nurt rzeki w zapadającym mroku wymagała skupienia – lodowata woda z łomotem uderzała o kolana, a śliskie dno uciekało spod wibramów.
Gdy stanęłam na krawędzi traktu i spojrzałam wstecz ku czerniejącej gardzieli doliny, nad Jawornikiem zapadła absolutna cisza, mącona jedynie odległym głosem puszczyka. Cerkwisko świętego Dymitra i kamienne nagrobki utonęły w mroku karpackiej kniei, roztapiając się w niepamięci, która od niemal osiemdziesięciu lat pochłania tę wysiedloną wieś. Żelazne krzyże w milczeniu rdzewieją pod gałęziami lip, a cierpkie owoce spadają w mokre chaszcze, nieczekając na niczyje dłonie.
Czy wędrując przez te opuszczone doliny, w których las z bezlitosną obojętnością pochłania ślady dawnego życia, potrafimy jeszcze usłyszeć cichą modlitwę tych, których skazano na wieczne wygnanie?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🏚️ Beniowa – cerkwisko z kamienną rybą na krańcu bieszczadzkiego świata – Monografia wysiedlonej wsi Beniowa w bieszczadzkim worku. Słynna kamienna chrzcielnica z symbolem ryby, stara lipa cerkiewna, gran… (Raport w archiwum)
- 🏚️ Cerkwisko w Bukowcu – kamienna pamięć nad potokiem Wołkowyjka – Monografia wysiedlonej bojkowskiej wsi Bukowiec. Podmurówki drewnianej cerkwi Zaśnięcia Bogurodzicy, piaskowcowe krzyże nagrobne w… (Raport w archiwum)
- 🏚️ Studenne – zapomniane cerkwisko i pustka doliny Sanu pod granią Otrytu – Monografia wysiedlonej bieszczadzkiej wsi Studenne. Podmurówki cerkwi Zaśnięcia Bogurodzicy, cmentarne krzyże w zaroślach, dziki b… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🏚️ Tworylne – ruiny dzwonnicy parawanowej i dworskie krypty w dolinie Sanu – Monografia wysiedlonej bieszczadzkiej wsi Tworylne. Monumentalna dzwonnica parawanowa, pusta krypta rodu Łęckich, aleja starych li… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.