Wędrówka leśnym duktem ku zapomnianemu obiektowi
Dojazd z północnych przedmieść Szczecina w stronę polickich lasów prowadzi wąską, wyboistą wstęgą spękanego asfaltu, który za rogatkami miasta stopniowo ustępuje miejsca zapomnianym brukom z ciemnego granitu i głębokim, gliniastym traktom leśnym. Zostawiłam za sobą rzędy stoczniowych żurawi, zardzewiałe bocznice kolejowe oraz ołowiane, zamglone zakola Dolnej Odry. W miarę jak zagłębiałam się w gęstniejący bór sosnowy, chłodne powietrze nasycało się osobliwą, drażniącą nozdrza wonią.
Z wilgocią parującego leśnego poszycia i zbutwiałego listowia mieszał się tu stęchły, mineralny zapach mokrego żelbetu, gryzącego żużla oraz trudny do jednoznacznego nazwania, tłusty chemiczny osad, uśpiony w tutejszej glebie od wielu dziesięcioleci. Zatrzymałam samochód na zarośniętym dukcie, w cieniu rachitycznych brzóz porastających przedwojenny nasyp kolejowy. Po wyłączeniu silnika uderzyła mnie nienaturalna, cmentarna cisza, w której szmer wiatru brzmiał obco i głucho.
Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, spomiędzy splątanych gałęzi i niemal nieprzebytej ściany ciernistej tarniny, wyłonił się widok obezwładniający swoją gigantyczną skalą. W szarym półmroku zamajaczyły potężne bryły betonowego zigguratu dawnego elewatora węgla, pnące się ku zachmurzonemu niebu niczym zgruchotana piramida upadłej, wojennej cywilizacji.
Bryła budowli, materiał murów i stan zachowania
Wkroczyłam w trzewia dawnego kombinatu Hydrierwerke Pölitz z narastającym poczuciem obcości, jakie wywołują wyłącznie miejsca zrodzone z zimnego, technologicznego delirium totalitaryzmu. Cały ten obszar to gigantyczny, zrujnowany labirynt rozciągający się na setkach hektarów nadodrzańskiej puszczy, gdzie przyroda metodycznie i bezlitośnie pożera miliony ton zgruchotanego betonu. W powietrzu unosił się ciężki chłód, woń mchu, rdzawego pyłu i zatęchłej wody stojącej w lejach bombowych. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Dworzec i stacja towarowa w Godkowie, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Pierwsze kroki skierowałam ku schronom przeciwlotniczym, wzniesionym w celu ochrony personelu technicznego przed nalotami. Minęłam żelbetowe bryły posterunków wartowniczych typu Splitterschutzbunker, przypominające ścięte ostrosłupy o wąskich szczelinach obserwacyjnych, by po chwili stanąć przed monumentalnym portalem schronu typu Salzgitter. Ta łukowa, zbrojona sztolnia z lanego betonu o ponad dwumetrowej grubości ścian sprawiała wrażenie pancerza zdolnego przetrwać koniec świata.
Wewnątrz panował bezwzględny, grobowy mrok, w którym promień mojej czołówki obnażał białe nacieki kalcytowe zwisające ze spękanego stropu niczym jaskiniowe stalaktyty oraz skraplającą się na zimnych ścianach wilgoć.
Gdy opuściłam podziemny pancerz i ruszyłam dalej w głąb instalacji produkcyjnych, krajobraz stał się jeszcze bardziej apokaliptyczny. Stanęłam u stóp zrujnowanej komory syntezy, wpatrując się w zawieszone kilkanaście metrów nad moją głową płyty stropowe. Trzymały się one wyłącznie na poskręcanych, zardzewiałych wiązkach prętów zbrojeniowych, które skrzypiały pod naporem porywistego wiatru. Ściany nośne były dosłownie rozerwane na strzępy uderzeniami bomb burzących o potwornej energii.
Eksploracja zakamarków, piwnic i ukrytych detali
Wszędzie wokół ziały otwarte, zdradliwe czeluście technologiczne. Omijałam pionowe, kwadratowe studnie kablowe i szyby dawnych pompowni, których dna gubiły się w czerni zalegającej w nich, mętnej wody. Z głębi zalanych kondygnacji podziemnych dochodził miarowy, hipnotyzujący odgłos kapiącej wody, niosący się echem po zatopionych korytarzach, w których niegdyś biegły magistrale sprężonego wodoru i ciekłych węglowodorów. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Wapiennik Schinkla w Starej Morawie, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Każdy metr tej spękanej przestrzeni emanował niewymuszoną grozą i surowym, industrialnym majestatem.
Masyw fabryki w Policach nie był zwykłym zakładem przemysłowym; stanowił kluczowy filar machiny wojennej III Rzeszy. G. Farbenindustrie, stawiając sobie za cel uniezależnienie niemieckiej armii od dostaw zagranicznej ropy naftowej. Wykorzystując metodę bezpośredniego uwodornienia węgla według patentu Friedricha Bergiusa, w tutejszych potężnych reaktorach ciśnieniowych, pod naciskiem kilkuset atmosfer i w temperaturze przekraczającej czterysta stopni Celsjusza, przekształcano węgiel kamienny i brunatny w wysokooktanową benzynę lotniczą.
W szczytowym okresie fabryka zaspokajała znaczną część zapotrzebowania Luftwaffe na paliwo syntetyczne, bez którego tysiące myśliwców i bombowców nie zdołałoby poderwać się z lotnisk. Cenę tego inżynieryjnego przedsięwzięcia płacili ludzie. Przez policki kombinat przeszło ponad trzydzieści tysięcy robotników przymusowych, jeńców wojennych oraz więźniów z rozległej sieci obozów rozmieszczonych w okolicznych lasach, w tym z karnego obozu Hägerwelle, obozów Tobruk i Wullenwever oraz podobozu KL Stutthof.
Zarys historyczny: powstanie, przeznaczenie i zmierzch
Tysiące ludzi zginęło tu z wycieńczenia głodowego, brutalnego traktowania, katorżniczej pracy przy wyładunku surowca i wdychania trujących wyziewów chemicznych, spoczywając w bezimiennych mogiłach rozrzuconych po puszczy.
Kres kombinatu przyniósł ogień z nieba. Od wiosny 1944 roku nad Police nadlatywały zmasowane formacje alianckich bombowców B-17 Flying Fortress z amerykańskiej 8. Armii Powietrznej oraz ciężkie brytyjskie maszyny Avro Lancaster z elitarnego 617. Dywizjonu RAF. Na instalacje zrzucono tysiące ton bomb burzących, w tym sejsmiczne kolosy typu Tallboy o masie ponad pięciu ton, które przebijały najgrubsze płyty schronowe i obracały instalacje uwodornienia w perzynę.
Gdy dymy wreszcie opadły, do zrujnowanych Polic wkroczyła Armia Czerwona. Przez kolejne miesiące sowieckie bataliony trofiejne prowadziły bezwzględny, metodyczny demontaż ocalałej aparatury, wywożąc na wschód setki transportów kolejowych wypełnionych reaktorami, sprężarkami i aparaturą pomiarową.
W ten sposób narodziły się też mroczne podania, przekazywane szeptem przez nadodrzańskich osadników: opowieści o pośpiesznie zabetonowanych podziemnych laboratoriach chemicznych, zatopionych na dnie zalanych sztolni archiwach koncernu oraz ukrytych korytarzach ewakuacyjnych prowadzących wprost pod nurt Odry.
Przemijanie dzieł człowieka w objęciach lasu
Wędrując pośród tych żelbetowych zrębów, na każdym kroku odczuwałam namacalne, fizyczne zagrożenie, jakie stwarza ten bezwzględny, pocięty zniszczeniem teren. Tutaj każdy nierozważny ruch grozi tragedią; zdradliwy grunt wielokrotnie uginał się pod moimi stopami, a spróchniałe deski maskujące dawne instalacje pękały z głośnym trzaskiem.
Doceniłam sztywność moich wysokich butów trekkingowych ze stalową, antyprzebiciową wkładką w podeszwie, gdy na porośniętym mchem dziedzińcu stopa omsknęła mi się na zdradliwej krawędzi niewidocznego szybu technologicznego. Czeluść ziała pod cienkim kożuchem zbutwiałych liści i pnączy leśnych jeżyn – była to pionowa studnia o głębokości kilkunastu metrów, bez barierki, bez jakiegokolwiek oznakowania.
Chwilę później potężna, skupiona wiązka mojej czołówki ocaliła mnie przed uderzeniem w zwisający ze spękanego nadproża zardzewiały pręt zbrojeniowy, wystający poziomo prosto na wysokości moich oczu. Nosiłam kask przemysłowy, który kilkakrotnie głośno zastukał o niskie, potrzaskane stropy schronów, a grube, skórzane rękawice uchroniły dłonie przed głębokimi rozcięciami o ostre jak brzytwa krawędzie pokruszonego betonu i zardzewiałą blachę.
W gęstwinie krzaków roiło się od kleszczy, przed którymi chroniły mnie zapięte mankiety i wysokie stuptuty, a w leśnych parowach telefon całkowicie stracił sygnał sieci komórkowej, czyniąc papierową mapę topograficzną oraz igłę kompasu jedynymi pewnymi przewodnikami w tym betonowym labiryncie.
Informacje praktyczne i bezpieczeństwo na leśnym szlaku
Gdy popołudniowe światło zaczęło przygasać, a nad koronami polickich sosen rozlał się ołowiany, wilgotny zmierzch, usiadłam na skraju potrzaskanego fundamentu elewatora. Z tej wysokości ruiny Hydrierwerke ukazywały swoje drugie, głęboko poruszające oblicze. Gigantyczny kompleks, wzniesiony z fanatyczną pychą w celu podtrzymania zbrodniczego aparatu wojennego, został ostatecznie skruszony alianckimi bombami burzącymi, a dzieła zniszczenia dopełnił cierpliwy, cichy upór dzikiej przyrody.
Korzenie brzóz i dębów kruszą dziś najtwardszy żelbet zbrojony bazaltem, zielony mech zalewa stalowe kotwy, a w zalanych wodą lejach po bombach Tallboy zadomowiły się leśne ptaki i płazy. W cichnącym lesie, pośród szelestu suchych traw porastających szkielety dawnych reaktorów, poczułam przejmującą kruchość wszelkich ludzkich konstrukcji ufundowanych na terrorze i cierpieniu. Zmierzch powoli zacierał potężne kontury betonowego zigguratu, zamieniając geometrię zniszczenia w bezkształtne cienie.
Schodząc ostrożnie ku światłom dalekiej szosy, wpatrywałam się w gasnące niebo z jedną natrętną myślą: czy w tych posępnych, pochłanianych przez las ruinach potrafimy jeszcze dostrzec żywą przestrogę przed zgubnym opętaniem techniką, czy widzimy w nich już tylko fascynującą, lecz bezduszną scenerię dawno minionego koszmaru?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🌲 Dworzec i stacja towarowa w Godkowie – relikty pruskiej magistrali do Berlina – Czerwona cegła, niemieckie napisy spod tynku i czarny żużel na dawnej linii do Berlina. Historia dawnego węzła kolejowego Jädicken… (Raport w archiwum)
- 🌲 Most kolejowy na Odrze i zapomniane stacyjki przy granicy – Dawna linia kolejowa nr 411 ze Stargardu do Siekierek. Poniemieckie stacyjki z czerwonej cegły, rdzewiejąca infrastruktura i potęż… (Raport w archiwum)
- 🌲 Wapiennik Schinkla w Starej Morawie – industrialny ziggurat u stóp Śnieżnika – Monografia zabytkowego pieca wapiennego projektu Karla Friedricha Schinkla w Starej Morawie. Monumentalna neogotycka bryła, sudeck… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🏚️ Studenne – zapomniane cerkwisko i pustka doliny Sanu pod granią Otrytu – Monografia wysiedlonej bieszczadzkiej wsi Studenne. Podmurówki cerkwi Zaśnięcia Bogurodzicy, cmentarne krzyże w zaroślach, dziki b… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.