Podejście przez leśne ostępy i maskowanie w terenie
Zaledwie cztery kilometry na południowy zachód od przemyskiego rynku miejski krajobraz urywa się gwałtownie, ustępując miejsca wąskiej dolinie potoku i stromym, zalesionym zboczom Pogórza Przemyskiego. Zostawiłam auto na skraju duktu w Kruhelu Wielkim, gdzie wilgotne powietrze pachniało chłodem parującej ziemi, butwiejącymi liśćmi grabów i jesienną stęchlizną.
Tuż przy drodze natrafiłam na pierwszy ślad dawnego świata – drewnianą, krytą gontem cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego z 1630 roku, wzniesioną na zrębie z łamanego piaskowca istebniańskiego spojonego zaprawą wapienną z domieszką drobnego tłucznia. Podeszłam pod jej oszalowane ściany z modrzewiowych bali, dotykając chropowatego, pociemniałego od stuleci drewna, które przetrwało tatarskie zagony, potop szwedzki i pożogi XVII stulecia.
Na przylegającym do świątyni starym cmentarzu spomiędzy gęstwiny śliskich pokrzyw i paproci wyłaniały się omszałe nagrobki z lokalnego piaskowca, z zatartymi cyrylicznymi inskrypcjami i trójramiennymi krzyżami. Wokół panowała głęboka, niemal nabożna cisza, przerywana jedynie jednostajnym szmerem wody w głębokim parowie, dającym przedsmak surowego terenu, w który zamierzałam wejść.
Dziś Kruhel Wielki sprawia wrażenie bezludnego, leśnego ustronia, lecz źródła historyczne – w tym akta grodzkie przemyskie, regestra poborowe oraz lustracje dóbr królewskich z XVI i XVII wieku – wspominają tę osadę jako starą podgórską wieś królewską starostwa przemyskiego, lokowaną na prawie wołoskim. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Wieża ciśnień w Pustkowie, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Przez pokolenia gospodarowali tu ruscy chłopi, karczując strome działki fliszowe i stawiając tradycyjne zrębowe chyże, których kamienne podmurówki wciąż trwają ukryte w gęstym podszycie. Zatrzymałam się przy reliktach dawnego domostwa i zmierzyłam grubość wątku murarskiego kamiennego cokołu – solidne, surowo łupane ciosy piaskowca układano tu bez fugi lub na glinie z sieczką, tworząc konstrukcję zdolną oprzeć się osuwiskom podmokłego stoku.
Architektura militarna i żelbetowe stanowiska ogniowe
Kres istnienia tej wiejskiej wspólnoty przyniosły dopiero dramaty XX stulecia. Najpierw hekatomba I wojny światowej zamieniła okoliczne wzgórza w pole ostrzału i strefę wycinki pod esplanadę fortów, a trzy dekady później powojenne wysiedlenia ludności łemkowskiej i ukraińskiej w ramach Akcji Wisła w 1947 roku doprowadziły do ostatecznego opustoszenia osady.
Przemierzając zarośnięte miedze, odnalazłam kolejne ślady dawnego bytowania: zdziczałe, pokręcone jabłonie obrośnięte szarym porostem, ziejące czeluście studni z ocembrowaniem z polnych głazów oraz zatarte tarasy dawnych upraw, po których pozostały jedynie wały znoszonych przez pokolenia kamieni.
Opuściłam zarys dawnej wsi i ruszyłam leśnym traktem na południe, mozolnie podchodząc pod zalesiony grzbiet Wapielnicy, wznoszącej się na trzysta dziewięćdziesiąt cztery metry nad poziomem morza. W miarę nabierania wysokości bukowy las gęstniał, a ścieżka wcinała się w głęboki jar wyżłobiony przez wody opadowe w miękkim podłożu fliszu karpackiego. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Spalony pałac w Bełczu Wielkim, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Śliska, ilasta glina oblepiała wysokie buty trekkingowe, zmuszając mnie do ostrożnego trawersowania stromej skarpy pośród wystających korzeni i mokrego rumoszu. Po kilkuset metrach w ukształtowaniu terenu zaczęły pojawiać się nienaturalne, geometryczne deformacje. Spomiędzy paproci wyłoniły się zygzakowate linie dawnych rowów strzeleckich i dobiegowych, a także głębokie, zalane brunatną wodą leje po eksplozjach ciężkich pocisków artyleryjskich.
To tutaj przebiegały pozycje piechoty i baterii międzypola, osłaniające newralgiczny odcinek południowo-zachodni. Zmurszałe pnie powalonych buków leżały w poprzek dawnych transzei, a gruba warstwa gnijącej ściółki tłumiła każdy odgłos, potęgując wrażenie obcowania z krajobrazem dawnego, zastygłego w bezruchu pobojowiska.
Podziemne korytarze, izby załogi i magazyny amunicji
Po pokonaniu ostatniego ostrego podejścia las nagle odsłonił monumentalne obwałowania ziemne: Fort VI „Helicha” (Gürtelpanzerfort Helicha), jeden z kluczowych bastionów zewnętrznego pierścienia Festung Przemyśl. Przemyska twierdza, zaliczana w 1914 roku obok Antwerpii i Verdun do trzech największych ufortyfikowanych obozów w Europie, stanowiła w planach austro-węgierskiego sztabu generalnego strategiczną bramę osłaniającą przełęcze karpackie oraz drogę na Kraków i Budapeszt.
Helicha, wzniesiona w latach 1895–1897 na dominującym wzgórzu o wysokości 371 metrów, była zunifikowanym jednowałowym fortem pancernym (Einheitsfort). Zaprojektowano ją jako nowoczesną, samowystarczalną twierdzę o spłaszczonym profilu ziemnym, zdolną do prowadzenia walki w warunkach pełnego okrążenia.
Wraz z wysuniętą baterią i fortem pomocniczym VIb „Lipowica” oraz Fortem VII „Prałkowce” ryglowała dolinę Sanu i trakt birczański, stając się jednym z głównych celów carskich szturmów pod dowództwem generała Radko Dimitrijewa podczas pierwszego oblężenia oraz późniejszej, metodycznej blokady prowadzonej przez armię generała Selivanova.
Ostrożnie zeszłam po stromej, porośniętej tarniną skarpie przeciwstoku na dno suchej fosy o szerokości kilkunastu metrów. Wilgoć osiadała na ubraniu, a w nozdrza uderzył zapach butwiejących liści zmieszany z chłodem mokrego betonu. Podciągnęłam się na omszałym głazie narzutowym leżącym u wylotu dawnej poterny i stanęłam przed potężną ścianą tradytora oraz kaponiery rewersowej.
Monolityczny beton zbrojony, wylewany warstwami w deskowaniach szalunkowych pod koniec XIX wieku, wciąż zachował na swojej powierzchni precyzyjne odciski słojów sosnowych desek szalunkowych i węzłów montażowych. W szczelinowych otworach strzelniczych broni małokalibrowej wciąż tkwiły fragmenty zardzewiałych żeliwnych tarcz pancernych.
W cieniu dawnego konfliktu: dzieje i zadania bojowe
Zmierzyłam wzrokiem stan spękań korony murów – przez ponad sto lat przesączająca się przez nadkład ziemny woda gruntowa wypłukiwała związki wapnia z cementu portlandzkiego, tworząc na sklepieniach setki delikatnych, mlecznobiałych nacieków i stalaktytów kalcytowych, które kontrastowały z surową szarością militarnego kolosa.
Prawdziwy wymiar destrukcji ujawnił się, gdy wspięłam się na koronę wału bojowego, gdzie niegdyś biło technologiczne serce fortu. W marcu 1915 roku, po stu trzydziestu trzech dniach dramatycznego drugiego oblężenia, wycieńczony głodem, chorobami i mrozem garnizon komendanta Hermanna Kusmanka von Burgneustädten stanął w obliczu kapitulacji. Zgodnie z rozkazem naczelnego dowództwa twierdza miała zostać zniszczona, by nie oddać w ręce Rosjan żadnego sprawnego działa ani magazynu.
Dwudziestego drugiego marca o poranku saperzy austro-węgierscy zdetonowali w komorach minowych potężne ładunki ekrazytu. Siła wybuchu rozerwała stropodachy o grubości ponad dwóch metrów – gigantyczne bloki żelbetu leżą dziś uniesione i popękane pod kątem kilkudziesięciu stopni, niczym spiętrzone kry lodowe. Z rozsadzonych krawędzi sterczą wiązki grubych prętów ze stali giętej, poskręcane z niewiarygodną siłą.
94 kalibru 80 milimetrów oraz pancerne kopuły obserwacyjne ze stali niklowej, odlane w zakładach Škody w Pilźnie i hucie Witkowice, zostały rozerwane na strzępy lub wyrzucone z łożysk na dno fosy, gdzie ich zardzewiałe czasze do dziś tkwią w zbitym rumowisku.
Wyciągnęłam z plecaka latarkę, założyłam czołówkę na kask i przez wąską, osypującą się wyrwę przecisnęłam się do wnętrza ocalałych korytarzy koszar szyjowych. Snop światła przeciął gęsty, wilgotny tuman wiszącej w powietrzu mgły, wyłuskując z mroku ceglane sklepienia kolebkowe i stalowe dwuteowniki stropów Kleina, na których chrzęściły płaty rdzy i łuszczącej się miniowej farby. Chrzęst wapiennego rumoszu pod podeszwą niósł się głuchym echem wzdłuż ciemnej poterny.
Rdza, mech i przemijanie betonowych umocnień
W niszach korytarza powietrze pachniało żelazistym pyłem i stęchłym tynkiem. Na otynkowanych fragmentach ścian odnalazłam zachowane czarne, szablonowe inskrypcje w języku niemieckim, oznaczające numery kazamat oraz instrukcje zachowania ciszy w pobliżu komór amunicyjnych. Eksploracja wymagała nieustannej czujności: w podłogach korytarzy ziały nieosłonięte, głębokie na kilka metrów szyby windowe wyciągów pocisków, na których dnie lśniła rdzawa, martwa woda.
Każde poślizgnięcie na wilgotnym ilastym osadzie mogło skończyć się upadkiem w zasypaną rumoszem czeluść dawnych magazynów prochowych.
Wyszłam z podziemi z powrotem na leśne powietrze i skierowałam się zarośniętą drogą rokadową na zachód, w stronę reliktów Fortu VIb „Lipowica” oraz schronów międzypola Kruhel. Wędrowałam grzbietem wzgórza pośród potężnych dębów i buków, których korzenie oplatały betonowe zręby schronów pogotowia dla piechoty i stanowisk artylerii polowej. Tutaj skala ingerencji technicznej była mniejsza, lecz symbioza zniszczonych fortyfikacji z otaczającym lasem uderzała z jeszcze większą siłą.
Pomiędzy betonowymi blokami ocalałych tradytorów wiły się grube pędy jeżyn i tarniny, a w szczelinach strzelnic szczelinowych swoje gniazda uwiły leśne ptaki. Wokół dawnych linii drutu kolczastego odnalazłam wbite w pnie drzew zardzewiałe stalowe świdry montażowe, które przez dekady zostały dosłownie wchłonięte przez żywą tkankę drewna.
Bezpieczeństwo i przygotowanie do leśnej eksploracji
Karpacka przyroda w powolnym, metodycznym procesie rekultywacji zamazywała ślady inżynieryjnego szaleństwa z czasów Wielkiej Wojny, zamieniając śmiercionośną redutę w zielone, omszałe uroczysko.
Gdy słońce zsunęło się za odległe grzbiety Gór Sanocko-Turczańskich, w lesie zapanował gęsty, niebieskawy półmrok, a spomiędzy parowów zaczął podchodzić przejmujący, wieczorny chłód. Schodziłam ze wzgórza tą samą śliską gliniastą ścieżką, nasłuchując odgłosów budzącego się do nocnego życia lasu – trzasku gałęzi pod racicami saren i dalekiego pohukiwania puszczyka.
Na skraju leśnego duktu w Kruhelu Wielkim sylwetka modrzewiowej cerkwi majaczyła w gasnącym świetle niczym niemy świadek wszystkich epok, które przetoczyły się przez tę dolinę. Zmierzch zacierał kontury zniszczonych podmurówek wysiedlonej wsi i roztrzaskanych betonowych kazamat na wzgórzu, łącząc pamięć o ludziach dawnego Kruhela i obrońcach przemyskiej twierdzy w jedno melancholijne milczenie.
Wsiadłam do samochodu, otrzepując spodnie z leśnego igliwia i wilgotnej gliny, i ruszyłam w stronę migoczących w dole świateł Przemyśla. Czy przemierzając pograniczne wzgórza wokół Przemyśla udało Wam się odnaleźć inne ślady wysiedlonych wsi i fortów zagubionych w leśnych gęstwinach?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🛡️ Wieża ciśnień w Pustkowie – betonowy szkielet i mroczny poligon SS Heidelager – Pusta betoniarska konstrukcja pośród sosen w Pustkowie. Mroczna historia SS-Truppenübungsplatz Heidelager, poligonów rakietowych V… (Raport w archiwum)
- 🛡️ Fort I Salis Soglio – król Twierdzy Przemyśl i wysadzone kolosy w lesie przy granicy – Król potężnej Twierdzy Przemyśl – gigantyczne, wysadzone bloki betonu w dzikim lesie przy granicy. Moja samotna wyprawa do Siedlis… (Raport w archiwum)
- 🏛️ Spalony pałac w Bełczu Wielkim – neobarokowy kolos i popioły nadodrzańskiej rezydencji – Wypalone neobarokowe skrzydła, spękane kolumny i niebo zaglądające przez zgliszcza dachów. Eksploracja zrujnowanego pałacu w Bełcz… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🌲 Wiadukt kolejowy w Krupskim Młynie – ceglany kolos nad Małą Panwią w leśnej głuszy – Ceglany most nad meandrami Małej Panwi w gęstwinie sosnowych borów. Odkryj monumentalny wiadukt w Krupskim Młynie i historię dawne… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.