Wędrówka leśnym duktem ku zapomnianemu obiektowi
Poranek pod Włocławkiem wstawał ciężki, ołowiany i przesiąknięty gęstą mgłą, która snuła się nisko nad pradoliną Wisły. Zjechałam ze spękanej trasy krajowej w wąską, asfaltową wstęgę prowadzącą w stronę uzdrowiskowych lasów Wieńca-Zdroju, gdzie zapach spalin i miejskiego zgiełku natychmiast ustąpił miejsca cierpkiej woni mokrej sosny, gnijącego mchu i butwiejącego igliwia.
Opony mojego starego samochodu z cichym chrzęstem pożegnały resztki zniszczonego asfaltu, ustępując miejsca wyboistej, leśnej drodze gruntowej, pełnej głębokich kałuż o barwie mocnej herbaty. Gdy wreszcie zjechałam na pobocze, tuż przy niewyraźnym zrębie dawnego nasypu, i przekręciłam kluczyk w stacyjce, w kabinie zapanowała absolutna, niemal dzwoniąca w uszach cisza.
Słyszałam tylko miarowy stukot stygnącego wydechu i pojedyncze krople wody spadające z koron starych drzew na dach. Zarzuciłam na ramię wysłużony plecak, zapięłam pas biodrowy i zeszłam ze ścieżki prosto w wilgotną gęstwinę paproci. Wystarczyło kilkadziesiąt metrów marszu przez świerkowy młodnik, by spomiędzy pni wyłonił się nienaturalnie prosty, podłużny wał ziemny, którego geometryczny zarys zdradzał obecność dawnej kolei.
Wdrapałam się na koronę nasypu, gdzie grunt pod stopami natychmiast zmienił swoją gęstość. Zamiast miękkiej, leśnej ściółki wyczuwałam pod twardymi podeszwami wibramu zwartą warstwę tłucznia, żwiru oraz spieczonego, czarnego żużla paleniskowego, który niegdyś sypano pod szyny wprost z dymiących kotłów. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Rdzawy komin w lasach pod Strzegomiem. Zapomniana cegielnia i wieża w Jaroszowie, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Bryła budowli, materiał murów i stan zachowania
Co kilkadziesiąt centymetrów spod grubej poduchy mchu wyzierały sczerniałe, spękane krawędzie sosnowych podkładów kolejowych, ułożonych w regularnych odstępach niczym żebra prehistorycznego zwierzęcia pogrzebanego w leśnej glebie.
Kiedy przyklęknęłam na jedno kolano i odgarnęłam mokre igliwie, uderzył mnie charakterystyczny, ostry zapach karbolineum i kreozotu – chemicznego impregnatu, który mimo upływu prawie pół wieku wciąż tkwił głęboko w sprasowanych włóknach drewna, skutecznie opierając się wilgoci i biologicznemu rozkładowi.
Szłam powoli wzdłuż dawnego torowiska, bacznie obserwując zacierające się granice dawnej infrastruktury. W miejscach, gdzie las przecinały naturalne obniżenia terenu, nasyp rósł w górę, a w głębokich rowach odwadniających odsłaniały się stare, ceglane przepusty. Zeszłam po śliskiej, gliniastej skarpie na samo dno jednego z takich jarów, by dotknąć chłodnych, spękanych cegieł klinkierowych, spojonych grubą warstwą starej zaprawy wapiennej.
Woda sącząca się przez ceglane sklepienie wyżłobiła w murze drobne nacieki, a wokół wylotu przepustu zalegały połamane gałęzie i zbutwiałe liście. Kawałek dalej, w rejonie dawnej leśnej mijanki i bocznic, na których niegdyś manewrowały składy, ściółka kryła prawdziwe okruchy żelaznego świata. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Studenne, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Eksploracja zakamarków, piwnic i ukrytych detali
Grzebiąc czubkiem buta w mchu, co chwila natrafiałam na zardzewiałe kowalskie haki podkładowe, grube stalowe podkładki z wytłoczonymi cechami hutniczymi oraz ciężkie łubki szynowe, pokryte grubą, odpadającą płatami skorupą rudego tlenku żelaza. Gra porannego światła, przebijającego się przez wysokie korony sosen, wydobywała z półmroku dziwaczne kontury – dawne doły rewizyjne, zarysy ramp ładunkowych zarośnięte młodymi brzozami oraz zardzewiałe zwały blach pozostawione po pracach rozbiórkowych.
Wilgoć, woń butwiejącego drewna i metaliczny posmak unoszący się w chłodnym powietrzu tworzyły atmosferę niemego pomnika minionej techniki, powoli pożeranego przez korzenie drzew i wszechobecny mech.
Stojąc na tym opuszczonym nasypie, trudno nie pomyśleć o ludziach, którzy ponad sto lat temu związali swoje życie z tym żelaznym szlakiem. Wszystko zaczęło się na początku dwudziestego wieku, gdy kujawscy ziemianie i właściciele wielkich cukrowni – zwłaszcza potężnego zakładu w Brześciu Kujawskim – potrzebowali niezawodnego transportu dla tysięcy ton buraków cukrowych, grzęznących jesienią na nieutwardzonych drogach.
Tak narodziła się sieć Kujawskich Kolei Dojazdowych o wąskim rozstawie szyn wynoszącym siedemdziesiąt pięć centymetrów. Pociągi szybko przestały wozić wyłącznie płody rolne i węgiel; zaczęły przewozić robotników do włocławskich fabryk, a także kuracjuszy zmierzających do leśnego uzdrowiska w Wieńcu-Zdroju, słynącego z leczniczych borowin i wód siarczkowych.
Zarys historyczny: powstanie, przeznaczenie i zmierzch
Kres tej tętniącej życiem arterii przyszedł nagle i bezwzględnie w kwietniu 1978 roku. W epoce gierkowskiej modernizacji włodarze Włocławka uznali wąskotorówkę za anachronizm tamujący ruch samochodowy na miejskich ulicach. Decyzję podjęto niemal z dnia na dzień, a brygady torowe natychmiast przystąpiły do bezpardonowego wyrywania szyn na wlotach do miasta.
Odcięty od reszty sieci tabor – dziesiątki wysłużonych parowozów serii Px48, tendrów, wagonów towarowych i motorówek – zepchnięto na leśne bocznice w okolicach Wieńca i podmiejskich lasów. Przez całe lata osiemdziesiąte te stalowe olbrzymy stały bezradnie pośród sosen, powoli rdzewiejąc na deszczu.
Z ich dymnic i otwartych palenisk zaczęły wyrastać brzozy, a jeżyny oplatały koła napędowe i wiązary, tworząc makabryczny krajobraz, który w pamięci mieszkańców zapisał się jako mityczne cmentarzysko maszyn.
Z tego widoku oraz specyficznego żargonu zrodziła się słynna legenda o okrągłej parowozowni w Wieńcu. Kolejarze mianem wieńca określali zębaty wieniec obrotnicy parowozowej, służący do obracania lokomotyw na stacji Włocławek Wąskotorowy. Poszukiwacze sensacji złączyli to pojęcie z nazwą pobliskiej wsi, wmawiając sobie istnienie ukrytej w borze tajemniczej rotundy.
Prawdziwe cmentarzysko dokonało żywota w latach dziewięćdziesiątych, kiedy głód stali przypieczętował los maszyn – palniki pocięły unikalne parowozy na złom, a zabytkowa hala stacyjna we Włocławku trafiła za ogrodzenie prywatnej firmy.
Przemijanie dzieł człowieka w objęciach lasu
Samotna wędrówka korytarzem dawnej wąskotorówki wymaga dyscypliny i przygotowania, bo ściółka kryje pułapki groźniejsze niż leśne wykroty. Największe niebezpieczeństwo stanowią porozrzucane w mchu zardzewiałe haki torowe, ostre śruby oraz postrzępione palnikami odłamki stali, łatwo przebijające miękkie podeszwy. Na tę trasę niezbędne są wysokie buty trekkingowe ze sztywną, antyprzebiciową podeszwą i grubą cholewką stabilizującą kostkę na tłuczniu.
Równie zdradliwe bywają ceglane przepusty – ich sklepienia bywają nadwątlone przez korzenie, a wyloty często maskuje gęsty dywan paproci, grożąc upadkiem ze skarpy wprost na dno kamiennego jaru.
Wędrówka wzdłuż dawnego torowiska wymagała odpowiedniego przygotowania. Moje wytrzymałe spodnie ze splotu ripstop i wysokie buty trekkingowe wielokrotnie uchroniły mnie przed kolcami gęstych jeżyn oraz kleszczami, które w tych wilgotnych lasach występują wyjątkowo licznie. W mrocznych załomach zrujnowanych ceglanych kanałów moja czołówka oświetlała każdy krok, a grube rękawice zabezpieczały dłonie przed skaleczeniem o zardzewiałe krawędzie stali.
W gęstwinie borów telefon całkowicie utracił łączność z siecią komórkową, dlatego drogę kontrolowałam wyłącznie dzięki wgranej wcześniej mapie offline i kompasowi, unikając wkraczania na ogrodzone tereny i skupiając się na reliktach ukrytych w państwowym lesie.
Informacje praktyczne i bezpieczeństwo na leśnym szlaku
Gdy słońce zaczęło chować się za linią wiekowych sosen, a leśny dukt spowił gęstniejący, błękitny mrok, po raz ostatni spojrzałam wzdłuż prostej linii dawnego nasypu. Uderzyło mnie, z jak niesamowitą bezwzględnością i cichym spokojem przyroda potrafi pochłonąć dzieła ludzkiej pychy i industrialnego rozmachu.
Tam, gdzie kiedyś huczały parowe kotły, zgrzytały żelazne koła i unosił się gryzący dym ze śląskiego węgla, dziś słychać wyłącznie szum wiatru w igliwiu oraz stukanie dzięcioła w suchą gałąź. Stal zamieniła się w rudy pył, drewniane podkłady użyźniły leśną glebę, a pamięć o stacji i odstawionych parowozach przetrwała jedynie w zniekształconych opowieściach i starych fotografiach.
Wracając po omacku do samochodu, czułam na dłoniach chłód starego żelaza i leśnej wilgoci. A czy Wy natrafiliście kiedyś w swoich wędrówkach na zatarte starotorza lub zapomniane relikty dawnych wąskotorówek, o których milczą współczesne przewodniki?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🌲 Rdzawy komin w lasach pod Strzegomiem. Zapomniana cegielnia i wieża w Jaroszowie – Rdzawy komin w lasach pod Strzegomiem – industrialne ruiny, o których zapomniał świat. Opuszczona cegielnia, wieża i dawne piece c… (Raport w archiwum)
- 🌲 Zielony tunel i rdza. Spacer najpiękniejszą opuszczoną linią Mazur – Linia kolejowa biegnąca wzdłuż Kanału Mazurskiego i poniemieckich śluz. Korony drzew utworzyły nad szynami naturalny zielony tunel… (Raport w archiwum)
- 🏚️ Studenne – zapomniane cerkwisko i pustka doliny Sanu pod granią Otrytu – Monografia wysiedlonej bieszczadzkiej wsi Studenne. Podmurówki cerkwi Zaśnięcia Bogurodzicy, cmentarne krzyże w zaroślach, dziki b… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🏚️ Tworylne – ruiny dzwonnicy parawanowej i dworskie krypty w dolinie Sanu – Monografia wysiedlonej bieszczadzkiej wsi Tworylne. Monumentalna dzwonnica parawanowa, pusta krypta rodu Łęckich, aleja starych li… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.