Podejście przez leśne ostępy i maskowanie w terenie
Zjechałam z monotonnej trasy krajowej numer dziewięćdziesiąt dwa, gdzieś w połowie drogi między Kołem a Kłodawą, zostawiając za sobą szary asfalt i pośpiech ciężarówek. Krajobraz wschodnich krańców Wielkopolski natychmiast zwolnił, otwierając przede mną płaskie, surowe przestrzenie zdominowane przez niskie kępy wierzb i zeszłoroczne ścierniska. Wąska, spękana droga poprowadziła mnie prosto w rozległą, podmokłą pradolinę rzeki Rgilewki.
Gdy skręciłam na polny dukt, wilgotna czarna ziemia natychmiast zaczęła lepić się do opon, a zawieszenie auta jęknęło na głębokich wybojach wypełnionych mętną mazią. Uchyliłam szybę – do wnętrza wdarło się przejmujące, chłodne powietrze nasycone zapachem gnijących traw, butwiejącego tataraku i rzecznego mułu. Zgasiłam silnik na skraju kępy olchowej.
W uderzającej ciszy, przerywanej jedynie skrzekiem spłoszonego ptactwa wodnego, spojrzałam przed siebie przez gęsty mur zżółkniętych trzcinowisk. Spośród nadrzecznych oparów wyrosła nagle potężna, ciemnoczerwona bryła spękanych murów, obca temu płaskiemu światu, jakby zapomniany kamienny statek osiadł na mieliźnie pośród bagien i skamieniał na wieki.
Architektura militarna i żelbetowe stanowiska ogniowe
Zarzuciłam plecak i ruszyłam ku drewnianej kładce przerzuconej nad dawną fosą, w której dziś stoi gęsta, brunatna woda porośnięta rzęsą. Każdy krok po wilgotnych deskach wywoływał ciche skrzypienie, a pod stopami czułam uginające się, nasiąknięte wodą podłoże. Przeprawa na dawną sztuczną wyspę przeniosła mnie wprost pod cień potężnej ściany kurtynowej. Przyłożyłam dłoń do chłodnego lica muru. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Zamek Diabła Weneckiego w Wenecji, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Palce natychmiast wyczuły chropowatą fakturę gotyckiej cegły palcówki, formowanej ręcznie przed sześcioma wiekami, ze śladami odcisków dawnych rzemieślników. W ciemnoczerwonej płaszczyźnie co rusz błyszczały niemal czarne, przepalone zendrówki, układane w geometryczne, rombowe wzory, które przetrwały stulecia wilgoci i mrozów.
Przeszłam przez zarys dawnej wieży bramnej, wkraczając na dawny dziedziniec. Wnętrze zamkowego czworoboku to dziś chaotyczny labirynt dzikiej roślinności, gęstych tarnin i zwałów gruzu. Zapach starej, przemoczonej zaprawy wapiennej mieszał się tu z ostrą wonią wilgotnego mchu i próchniejących pni. Pod moimi ciężkimi butami chrzęściły odłamki ceramicznego rumoszu i kruszące się płaty tynku.
Skierowałam się w stronę dawnego skrzydła mieszkalnego, gdzie ocalały potężne ostrołukowe portale oraz puste, poszarpane otwory okienne, przez które wiatr przewiewał chłodne tchnienie nadrzecznej doliny. Gra popołudniowego światła rzucała skośne cienie na resztki kowalskich kotew i żelaznych haków, wciąż tkwiących głęboko w spoinach. Najbardziej poruszający okazał się jednak widok zapadniętych sklepień dawnych piwnic. Przykucnęłam przy krawędzi jednego z wyłomów, oświetlając czołówką ciemną gardziel podziemi.
Podziemne korytarze, izby załogi i magazyny amunicji
W dole, pod zwałami cegieł, zalegała czarna, mulista woda sięgająca sklepień, a w szczelinach fundamentów majaczyły czerniejące, stwardniałe jak skała fragmenty potężnych dębowych pali. To właśnie na tym niewidocznym ruszcie z drewna, zakotwiczonym w bagnie, opierał się niegdyś cały ten monumentalny ciężar. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Zamek w Sobocie, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Każdy podmuch wiatru strącał drobny pył z poszarpanych koron murów, a z głębi zawalonych komór dobiegał miarowy odgłos kapiącej wody, potęgujący wrażenie obcowania ze strukturą powoli, lecz nieubłaganie trawioną przez wilgoć.
Kiedy dotyka się tych chłodnych cegieł, trudno oprzeć się pytaniu, jaka determinacja stała za wzniesieniem tak potężnej warowni na bezludnym bagnie. Fundatorem zamku był arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski Wojciech Jastrzębiec, jedna z najbardziej wpływowych i bezwzględnych postaci epoki jagiellońskiej. Około 1425 roku ten wytrawny polityk, zaufany doradca Władysława Jagiełły, postanowił stworzyć rodową rezydencję obronną, która demonstrowałaby potęgę jego familii.
Wybór grząskiej doliny Rgilewki był genialnym posunięciem strategicznym: woda i zdradliwe moczary stanowiły barierę trudniejszą do pokonania niż strome górskie stoki. Robotnicy wbili w torfowisko tysiące zaostrzonych bali dębowych, usypali sztuczne wzgórze i wznieśli na nim warownię z wieżą bramną i potężnymi murami, do której wiodła wyłącznie długa, zwodzona kładka.
W cieniu dawnego konfliktu: dzieje i zadania bojowe
Przez dwa stulecia zamek tętnił życiem, a kolejni spadkobiercy arcybiskupa, ród Borysławskich, a później Grodzieckich, rozbudowywali go w stylu renesansowym, wprowadzając wykwintne detale i bogate wyposażenie. Kres dumnej rezydencji przyszedł jesienią 1655 roku. Szwedzkie oddziały generała Douglasa, paraliżujące Wielkopolskę podczas potopu, podeszły pod borysławickie bagna. Mimo zaciętego oporu obrońców, najeźdźcy zdołali sforsować przeprawę, splądrowali skarbiec i bezlitośnie podłożyli ogień pod drewniane stropy.
Pożar zamienił kwitnącą rezydencję w wypaloną skorupę, której kolejni właściciele, w tym rodzina Mycielskich, nigdy nie zdołali w pełni podnieść z upadku.
Wokół tych zgliszcz narosły mroczne opowieści powtarzane w okolicznych chatach przy kaflowych piecach. Miejscowi szeptali o podziemnym tunelu wyłożonym dębiną, który miał rzekomo biec pod bagnami aż do odległego klasztoru w Kole. Mówiono także o zjawie kasztelana błądzącej po majdanie w bezksiężycowe noce z żelazną kasetą pełną szwedzkiego złota, którego nie zdołał ocalić przed płomieniami.
Eksploracja ruin w Borysławicach Zamkowych, choć nie wymaga pokonywania górskich podejść, niesie ze sobą specyficzne, nizinne zagrożenia, których w żadnym razie nie wolno lekceważyć. Największą pułapką są tutaj podstępne zapadliska dawnych piwnic i kanałów odpływowych. Wiele z nich jest zamaskowanych przez bujną darń, wysokie pokrzywy i gnijące gałęzie, a kruche, spękane sklepienia mogą runąć pod ciężarem człowieka wprost w lodowatą, błotnistą czeluść.
Rdza, mech i przemijanie betonowych umocnień
Równie zdradliwe okazują się korony murów kurtynowych, z których po deszczu lub przymrozkach potrafią odspajać się ciężkie fragmenty gotyckich cegieł.
Wchodząc na zamkową wyspę, z każdym krokiem doceniałam sztywność moich wysokich butów trekkingowych z nieprzemakalną membraną – gruba podeszwa chroniła stopy przed ostrym gruzem i głębokim, rzecznym mułem. W mrocznych załomach muru moja czołówka o szerokim snopie światła rozpraszała wilgotną ciemność, a skórzane rękawice zabezpieczały dłonie przed skaleczeniami o ostre krawędzie gotyckich zendrówek. Grube spodnie stanowiły niezastąpioną barierę przed kleszczami żerującymi w nadrzecznych szuwarach.
Pomiędzy wysokimi murami sygnał GPS i zasięg telefonii komórkowej całkowicie zanikły, dlatego orientację w terenie opierałam na tradycyjnej mapie i własnym rozsądku.
Kiedy słońce zaczęło powoli chować się za linią horyzontu, ostre kontury borysławickiej warowni zaczęła spowijać gęstniejąca, mleczna mgła, unosząca się z wolna znad meandrów Rgilewki. W tym gasnącym, fioletowym świetle czerwone cegły zgasły, przybierając odcień zakrzepłej krwi. Patrząc na te posępne mury, z całą mocą uświadomiłam sobie znikomość ludzkich ambicji.
Bezpieczeństwo i przygotowanie do leśnej eksploracji
Potężny prymas, zręczny gracz polityczny i budowniczy imperium, wierzył, że wznosi niezdobytą twierdzę, która rzuci wyzwanie wiekom. Dziś z jego wielkości pozostały jedynie spękane skorupy pośród bezlitosnego bagna, powoli pożerane przez korzenie olch i bezwzględną wilgoć. Natura cierpliwie odbiera to, co człowiek wydarł jej setki lat temu.
Opuściłam wyspę powolnym krokiem, zamykając za sobą drewnianą kładkę, podczas gdy w trzcinach rozbrzmiewały pierwsze nocne nawoływania ptaków. Wracając do samochodu, wciąż miałam przed oczami widok tych dębowych pali zanurzonych w czarnej wodzie. Czy zdarzyło Wam się kiedyś trafić na podobne zamki bagienne, ukryte z dala od utartych szlaków, gdzie to nie skały, lecz woda i torf stanowiły jedyną tarczę obronną?
A może mieliście okazję stać pod murami w Borysławicach o zmierzchu?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🏰 Zamek Diabła Weneckiego w Wenecji – gotycka warownia Nałęczów pośród pałuckich jezior – Mury z głazów polnych, szum trzcin i mroczna legenda Mikołaja Nałęcza. Eksploracja XIV-wiecznych ruin zamku w Wenecji na wąskim pr… (Raport w archiwum)
- 🏰 Zamek w Karłowicach – gotycka baszta Piastów ukryta nad meandrami Stobrawy – Gotycki zamek piastowski nad Stobrawą ze strzelistą wieżą, ukryty w wiejskiej ciszy. Historia dawnej strażnicy książąt brzeskich w… (Raport w archiwum)
- 🏰 Zamek w Sobocie – gotycka wieża na kopcu pośród rozlewisk Bzury – Niewielka, gotycka wieża mieszkalna na kopcu, wtopiona w wiejski krajobraz nad Bzurą. Historia średniowiecznej siedziby Sobockich … (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🏰 Zamek w Bezławkach – krzyżacka warownia zamieniona w wiejski kościół – Swego czasu krzyżacki zamek, który później zamieniono w wiejski kościółek na wzgórzu. Unikatowa historia warowni w Bezławkach, gdz… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.