Podejście przez leśne ostępy i maskowanie w terenie
Zjechałam ze spowitej jesienną szarówką szosy biegnącej ze Żnina ku Gąsawie, kierując się wąską wstęgą asfaltu prosto na przesmyk lądowy rozcinający chłodne wody pałuckich jezior. Z obu stron grobli podmokły grunt zapadał się w oczerety; po lewej stronie lśniła ołowiana toń Jeziora Biskupińskiego, po prawej zaś rozlewały się zamglone wody Jeziora Weneckiego i powoli zarastające lustro Skrzynki.
Wilgotne powietrze niosło ze sobą gęstą woń gnijącego tataraku, mulejącego szlamu oraz parującej ziemi, która na Pałukach nosi w sobie przedziwny, pradawny ciężar. Nad wodą kłębiły się pasma niskiej, mlecznej mgły, tłumiąc odgłosy świata i sprawiając, że krajobraz tracił wyraziste kontury, stając się monochromatycznym pejzażem z pogranicza snu i jawy.
Gdy wyłączyłam silnik na skraju piaszczystego pobocza, uderzył we mnie metaliczny szum sitowia kołysanego porywistym wiatrem od jezior. W tej głuchej pustce, spomiędzy bezlistnych koron starych wierzb i jesionów, nagle wyrosły przede mną poszarpane zręby warowni.
Potężne bryły szarego kamienia i ciemnoczerwonej, gotyckiej cegły odcinały się ostro od ołowianego nieba, sprawiając wrażenie skamieniałego potwora, który przed wiekami wyczołgał się z jeziornych bagien i zastygł na wąskim gardle lądu. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Zamek w Borysławicach Zamkowych, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Architektura militarna i żelbetowe stanowiska ogniowe
Ruszyłam w stronę dawnego wjazdu, stąpając ostrożnie po nasiąkniętej wilgocią darni. Zamek wzniesiono na planie zbliżonym do czworoboku, lecz to, co uderzyło mnie w pierwszej chwili, to bezwzględna surowość materiału. Podeszłam pod zachowane partie murów obwodowych i przyłożyłam zmarzniętą dłoń do lodowatego lica przyziemia.
Dolne partie warowni ułożono z olbrzymich, polodowcowych głazów narzutowych – twardych granitów i gnejsów o chropowatej, spękanej fakturze, znoszonych tu z morenowych wzgórz i spojonych twardą, wapienną zaprawą zarabianą wedle dawnych receptur z dodatkiem kurzego białka. Dopiero wyżej surowy kamień ustępuje miejsca palonej, gotyckiej cegle o ciemnej, wiśniowej barwie, układanej w charakterystycznym wątku wendyjskim i polskim.
Przeszłam przez zarys dawnej baszty bramnej, gdzie niegdyś opadała ciężka dębowa brona i gdzie zwodzony pomost łączył zamek z groblą odciętą głębokim przekopem. Weszłam na rozległy dziedziniec, dzisiaj pokryty kępami zrudziałej trawy i zwałami rumowiska. Stanęłam przy pionowym rozglifieniu dawnego otworu strzelniczego w zachodniej ścianie.
Przez szczelinę w murze ujrzałam bezkresną, stalową taflę wody, w którą ze świstem uderzały lodowate krople mżawki; wiatr wdzierał się w otwór z głuchym, basowym jękiem, jakby w pustych murach wciąż pulsował dawny strach zamkniętych tu obrońców. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Zamek w Sobocie, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Podziemne korytarze, izby załogi i magazyny amunicji
Ta kamienna bryła nie powstała jako sielska siedziba rycerska, lecz jako bezlitosne narzędzie w rękach jednego z najbardziej bezwzględnych ludzi średniowiecznej Wielkopolski. Mikołaj z Chomiąży herbu Nałęcz, który po powrocie ze studiów prawniczych w Padwie nadał swoim podmokłym włościom miano Wenecji – nawiązując do lagun italskiego pierwowzoru, a zarazem przewrotnie zrównując weneckie kanały z pałuckimi bagnami – wzniósł tę twierdzę pod koniec czternastego stulecia.
Sprawując prestiżowy i budzący grozę urząd sędziego kaliskiego za panowania Kazimierza Wielkiego i Władysława Jagiełły, Nałęcz zapisał się w pamięci potomnych bezwzględnością. Kiedy po śmierci Ludwika Węgierskiego ziemie polskie pogrążyły się w krwawej wojnie domowej Grzymalitów z Nałęczami, Mikołaj stał się jednym z głównych prowodyrów walk o regencję i poparcie dla mazowieckiego księcia Siemowita IV.
Nie cofał się przed niczym: palił wsie oponentów, niszczył dobra arcybiskupstwa, ścinał jeńców i wtrącał do podziemi każdego, kto sprzeciwił się rodowym ambicjom Nałęczów. W odpowiedzi Grzymalici sprzymierzyli się z zakonem krzyżackim, a krzyżackie zagony pustoszyły pałuckie włości, paląc osady i oblegając nałęczowskie bastiony.
W podaniach przetrwała pamięć o nieludzkim okrucieństwie sędziego na stolcu sędziowskim; mawiano, że nie znał litości, a bezwzględne wyroki śmierci i konfiskaty majątków wydawał z zimnym, mściwym uśmiechem, za co zyskał miano Krwawego Diabła Weneckiego.
W cieniu dawnego konfliktu: dzieje i zadania bojowe
Potęga sędziego runęła wraz z jego śmiercią na przełomie wieków, lecz zamek na przesmyku zachował swój posępny charakter. Spadkobiercy Mikołaja nie zdołali utrzymać tak kosztownej warowni, toteż około 1420 roku obiekt wykupił arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Trąba. Kościelni hierarchowie uczynili z odciętego wodami zamku warowne więzienie.
W weneckich kazamatach, drążonych pod głazami przyziemia, zaczęto osadzać nieposłusznych kapłanów, odstępców od ortodoksji oraz podejrzanych o szerzenie nauk husyckich, przenikających falami z Czech do Wielkopolski. Lochy Wenecji słynęły z przerażających warunków – wieczna wilgoć podsiąkająca z jeziora, brak światła i lodowaty chłód łamały najtwardszych więźniów. Jednak wraz z rozwojem artylerii i zmianą szlaków wojennych gotycka twierdza zaczęła tracić militarne znaczenie.
W drugiej połowie piętnastego wieku arcybiskup Jakub z Sienna nakazał częściową rozbiórkę zamku, przeznaczając pozyskany materiał ceglany na budowę pałacu i obwarowań w pobliskim Żninie. Kolejne dekady przyniosły degradację; rozebrano stropy, opustoszały izby, a resztek zniszczenia dopełniły wojska szwedzkie w czasie potopu, pozostawiając jedynie to, czego nie zdołał skruszyć żelazny łom ani proch – potężne, kamienne fundamenty.
Zeszłam po stromym, porosłym mchem nasypie w stronę południowo-wschodniego narożnika murów, gdzie dawny rów zamkowy schodzi bezpośrednio w podmokłe trzcinowisko. Każdy krok w tej przestrzeni wymagał ode mnie nieustannej uwagi. Wilgotna trawa kryła pod sobą zdradliwe odłamki spękanych cegieł oraz wyślizgane otoczaki, na których stopa mogła bez trudu skręcić się w stawie.
Rdza, mech i przemijanie betonowych umocnień
Doceniłam sztywność i wysokie cholewki moich skórzanych butów, gdy podeszwa z impetem omsknęła się na tłustej glinie zmieszanej ze zbutwiałym zielskiem. W leśnym zagajniku otaczającym fosę leżały omszałe bloki granitu, a pod zwałami darni czaiły się niezasypane zapadliska dawnych piwnic i kanałów odwadniających.
Wyciągnęłam z kieszeni skórzane rękawice, by chronić dłonie przed skaleczeniem o ostre krawędzie gotyckich zendrówek, gdy wspinałam się na zachowany fragment platformy strzeleckiej. W gęstniejącym zmierzchu telefon w kieszeni kurtki całkowicie utracił zasięg sieci, a zgaszony ekran zmusił mnie do polegania wyłącznie na papierowej mapie i magnetycznym kompasie. Zostałam sam na sam z przestrzenią, wspomagana snopem światła czołówki.
Wokół mnie zaczął narastać chłód; znad tafli jeziora podniosła się ciężka, lodowata mgła, wnikająca w zakamarki pustych komnat. To w takich godzinach odżywały dawne wiejskie opowieści o jękach potępionego Mikołaja, który ma błąkać się po lochach pod postacią widma w zbroi lub czarnego psa z jarzącymi się ślepiami, strzegącego zrabowanych skrzyń ze złotem przed wzrokiem śmiertelników.
Przystanęłam na krawędzi zrujnowanego muru, patrząc, jak ostatnie smugi popielatego światła gasną na marszczącej się powierzchni Jeziora Weneckiego. Wokół panowała obezwładniająca, ciężka cisza, przerywana jedynie uderzeniami fal o kamienisty brzeg i odległym krzykiem czapli ukrytej w szuwarach. Pomyślałam o tym, jak krucha i ułomna jest ludzka potęga oparta na przemocy, strachu i żelazie.
Bezpieczeństwo i przygotowanie do leśnej eksploracji
Z dumnego, wzniesionego nad pałuckimi wodami gniazda Diabła Weneckiego, z jego sędziowskiej pychy, prywatnych wojen i zagarniętego bogactwa, nie zostało nic prócz poszarpanych, niemych głazów, które przyroda bez pośpiechu rozkrusza korzeniami drzew i zimowym mrozem. Wszystkie wyroki skazujące, polityczne zdrady i krwawe najazdy zbladły i rozpłynęły się w jeziornym mule niczym garść popiołu rzucona w toń.
Kamienie, które miały manifestować wiecznotrwałą dominację feudalnego władcy, służą dziś za schronienie dla mchów, porostów i ptactwa, obmywane tą samą, wiecznie ruchomą falą, która widziała narodziny i upadek twierdzy. Spakowałam notatnik do plecaka i skierowałam się ku grobli, zostawiając za plecami czarne, spowite tumanem mgły zręby.
Czy patrząc na te omszałe granity, potrafimy jeszcze dostrzec moment, w którym ludzka żądza władzy i bezkarności obraca się w wieczne zapomnienie i garść bezimiennego gruzu na opuszczonym brzegu?
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🏰 Zamek w Borysławicach Zamkowych – gotycka warownia pośród nadrzecznych bagien – Ukryte w bagnach rzeki Rgilewki czerwone mury obronne, posadowione na dębowych palach. Poznaj mroczną historię i tajemnice arcybis… (Raport w archiwum)
- 🏰 Zamek joannitów Drahim – kamienny bastion na przesmyku jezior w Starym Drawsku – Mury z potężnych głazów narzutowych i wiatr wiejący z dwóch jezior naraz. Eksploracja XIV-wiecznego zamku joannitów Drahim w Stary… (Raport w archiwum)
- 🏰 Zamek w Sobocie – gotycka wieża na kopcu pośród rozlewisk Bzury – Niewielka, gotycka wieża mieszkalna na kopcu, wtopiona w wiejski krajobraz nad Bzurą. Historia średniowiecznej siedziby Sobockich … (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🏰 Zamek w Bezławkach – krzyżacka warownia zamieniona w wiejski kościół – Swego czasu krzyżacki zamek, który później zamieniono w wiejski kościółek na wzgórzu. Unikatowa historia warowni w Bezławkach, gdz… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.