Wędrówka leśnym duktem ku zapomnianemu obiektowi
Poranek w dolinie Kleśnicy przywitał mnie surowym, lodowatym powiewem spływającym z wyższych partii Masywu Śnieżnika. Powietrze miało metaliczny posmak, nasycony wilgocią parujących mchów i zbutwiałego świerkowego igliwia. Zostawiłam za sobą utwardzoną drogę prowadzącą ku kamieniołomom i skręciłam w głąb stromego, zacienionego parowu, gdzie nurt potoku z cichym szumem rozbijał się o omszałe głazy.
Szłam pod górę, czując pod stopami miękki, nasiąknięty deszczem grunt, który z każdym krokiem stawał się coraz bardziej stromy i zdradliwy. Szukałam śladów ściśle strzeżonego świata, o którym przez dziesięciolecia mówiono w Sudetach wyłącznie szeptem. W gęstym poszyciu północnych stoków góry Żmijowiec las krył gigantyczny, zaryglowany przed ludzkim wzrokiem obszar tajnego górnictwa, z którego w latach powojennych czerpano budulec dla atomowego imperium Związku Radzieckiego.
Przedzierając się przez zarośla dzikiej jeżyny i połamane wiatrołomy, dotarłam do wielkiego rumowiska skalnego opadającego ku dnu wąwozu. Były to zarośnięte hałdy dawnej kopalni „Klementyna”, gdzie zrzucono setki ton urobku wydartego z trzewi góry. Moje dłonie w grubych, skórzanych rękawicach odgarniały szorstkie gałęzie, a sztywne podeszwy wysokich butów trekkingowych z trudem znajdowały oparcie na ruchomym piargu.
Bryła budowli, materiał murów i stan zachowania
Każde stąpnięcie uruchamiało małą lawinę drobnych kamieni toczących się w leśną czeluść. Przykucnęłam na wilgotnym rumoszu, by przyjrzeć się skałom. W szarym świetle poranka odłamki odsłoniły geologiczną niezwykłość tego miejsca. Pomiędzy łupkami łyszczykowymi i żyłkami mlecznego kwarcu dostrzegłam kanciaste bryłki minerału o głębokiej, niemal atramentowej, fioletowej barwie. Był to fluoryt – surowiec, który oficjalnie stanowił kamuflaż dla całej machiny. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Elektrociepłownia Szombierki i szyb Krystyna, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.
Obok leżały ciężkie, matowe grudki hematytu oraz kruche, czarne odłamki blendy smolistej, czyli uraninitu, którego niewidzialne promieniowanie niegdyś przypieczętowało los setek pracujących tu ludzi.
Wspinając się wyżej wzdłuż zbocza, natknęłam się na relikty dawnej infrastruktury. Z dywanu paproci i zwałów butwiejącego drewna wyłaniały się zniekształcone bryły skruszałego betonu – fundamenty dawnych kruszarek, ramp załadunkowych oraz instalacji płuczkowych, w których sortowano wydobytą rudę przed wysłaniem na wschód. Dotknęłam szorstkiej powierzchni betonu, z której deszcze i mrozy wypłukały cement, obnażając kanciasty żwir.
W szczelinach płyt zapuściły korzenie młode świerki, powoli rozsadzając konstrukcję w bezlitosnym rytmie natury. Wokół panowała obezwładniająca, nienaturalna cisza, przerywana jedynie szelestem wiatru w koronach drzew. Trudno było pogodzić ten spokój z obrazem piekła, jakie rozgrywało się tu zaledwie kilka dekad temu, gdy dolinę wypełniał nieustanny ryk ciężarówek, jazgot pneumatycznych wiertarek i suchy łomot kruszonych bloków skalnych.
Eksploracja zakamarków, piwnic i ukrytych detali
Okrążyłam zarośnięte żebro góry i zagłębiłam się w podmokły jar, w którym panował wieczny półmrok. Tam, wciśnięty w pionową ścianę skały, tkwił wlot jednej z zapomnianych sztolni. Dawny portal był częściowo zasypany osuniętą gliną i zbutwiałymi pniami, lecz spomiędzy popękanych belek wciąż ziała czarna pustka. Z podziemnego korytarza uderzył we mnie lodowaty, zatęchły podmuch powietrza, niosący woń wilgotnego żelaza, gnijącego drewna i mokrej gliny. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Studenne, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.
Włączyłam latarkę czołową, a wąski, biały snop światła przeciął unoszącą się w otworze mgłę. Promień oparł się na lustrze stojącej wody o rdzawym odcieniu, zalewającej spąg wyrobiska na nieznaną głębokość. Poniżej powierzchni majaczyły zatopione, przegniłe podkłady wąskotorówki, po których niegdyś toczyły się uginające pod ciężarem skały wózki. Wyciągnęłam z kieszeni telefon, lecz jego ekran pozostał martwy – sygnał sieci komórkowej zniknął całkowicie w głębi parowu.
Jedynym pewnym oparciem była zniszczona papierowa mapa i igła kompasu drżąca w mosiężnej puszce.
Stojąc przed tą zalaną gardzielą, czułam ciężar historii, która powołała to miejsce do istnienia. Wszystko zaczęło się w ścisłej tajemnicy jesienią 1947 roku, kiedy w Moskwie podpisano międzyrządowe porozumienie o poszukiwaniu i eksploatacji złóż uranu na terytorium Polski. Na mocy tego traktatu powołano Zakłady Przemysłowe R-1 z siedzibą w Kowarach, a Kletno stało się Zakładem numer 9, kopalnią pod kryptonimem „Klementyna”.
Zarys historyczny: powstanie, przeznaczenie i zmierzch
Związek Radziecki prowadził wówczas gorączkowy wyścig zbrojeń, dążąc do przełamania amerykańskiego monopolu jądrowego i skonstruowania własnego ładunku rozszczepialnego RDS-1. Surowiec wydobywany w Masywie Śnieżnika miał strategiczne znaczenie; to z tutejszych żył pochodziła część ładunku zdetonowanego w sierpniu 1949 roku na poligonie pod Semipałatyńskiem.
W ciągu niespełna sześciu lat bezwzględnej eksploatacji pod zboczami Żmijowca wydrążono ponad trzydzieści siedem kilometrów korytarzy na kilkunastu poziomach, wydzierając górom ponad dwadzieścia ton czystego uranu.
Cena tego geologicznego łupu była przerażająca. Do Kletna ściągano tysiące ludzi – górników przymusowo kierowanych nakazami pracy ze Śląska, junaków ze Służby Polsce oraz więźniów politycznych, dla których zjazd pod ziemię oznaczał wyrok powolnej śmierci. Cała dolina Kleśnicy została przekształcona w zamknięty rejon wojskowy, otoczony posterunkami uzbrojonych strażników, wieżami obserwacyjnymi i zasiekami z drutu kolczastego.
W sztolniach panował bezwzględny rygor nadzorowany przez radzieckich oficerów NKWD oraz funkcjonariuszy rodzimego Urzędu Bezpieczeństwa. Górnicy pracowali w skrajnie prymitywnych warunkach, wiercąc otwory strzałowe na sucho, w tumanach krzemionkowego pyłu, bez jakichkolwiek masek czy wentylacji. Nikt nie informował ich o zabójczym promieniowaniu ani o niewidzialnym radonie; robotnikom wmawiano, że pozyskują jedynie rudy żelaza i fluoryt.
Przemijanie dzieł człowieka w objęciach lasu
Pylica i choroba popromienna dziesiątkowały załogę, a wszelkie próby buntu kończyły się natychmiastowym aresztowaniem.
Kres kopalni nastąpił równie gwałtownie. Na początku 1953 roku, gdy najbogatsze żyły blendy smolistej uległy wyczerpaniu, zapadła decyzja o natychmiastowym zatarciu śladów. W pośpiechu demontowano podziemne instalacje, po czym przystąpiono do metodycznego niszczenia infrastruktury. Wloty ponad dwudziestu sztolni wysadzono trotylem, a te położone w dnie doliny szczelnie zabetonowano i zasypano zwałami ziemi, maskując je świerkowym poszyciem. Kletno miało zniknąć z mapy i pamięci zbiorowej.
Paradoksalnie, kilkanaście lat później, w 1966 roku, gdy robotnicy pracujący w pobliskim kamieniołomie marmuru przypadkowo natrafili na korytarze Jaskini Niedźwiedziej, uwaga badaczy skupiła się wyłącznie na podziemnych naciekach i kościach prehistorycznych zwierząt. Ponura historia Zakładów R-1 została zepchnięta na margines, przykryta grubą warstwą opadłych igieł i milczenia.
Zaczęłam powolne schodzenie w dół, zmagając się ze zdradliwym podłożem. Na stromych zbiegach hałd każdy krok wymagał skupienia; omszałe bloki skalne chwiały się pod ciężarem ciała, a sztywna konstrukcja butów chroniła kostki przed wykręceniem na ostrych krawędziach gnejsu. Przemierzałam kolejne zarośnięte tarasy, natrafiając na pordzewiałe fragmenty stalowych lin, wygięte szyny wąskotorówki i zmurszałe krawędzie podkładów, które natura powoli obracała w próchno.
Informacje praktyczne i bezpieczeństwo na leśnym szlaku
Wilgoć przenikała ubranie, a zapadający powoli sudecki zmierzch gasił resztki światła w dolinie. Szum Kleśnicy stawał się coraz głośniejszy, wypierając głuchą martwotę porzuconych wyrobisk. Pomyślałam o bezimiennych ludziach, którzy w tym samym zmierzchu, przemoczeni lodowatą wodą kapiącą ze stropów, wyjeżdżali na powierzchnię z ciężkimi taczkami urobku, nie wiedząc, że pył osiadający na ich dłoniach niesie atomową zagładę.
Góry mają niezwykłą zdolność do leczenia własnych ran. Pół wieku po opuszczeniu kopalni las na stokach Żmijowca z niemą cierpliwością pożera betonowe fundamenty, rozkrusza korzeniami podkłady i ukrywa wyloty sztolni pod zielonym całunem mchów. Radioaktywne minerały, które niegdyś miały stać się narzędziem globalnej hekatomby, spoczywają na powrót w ciemności leśnej ściółki, chłodzone górskim deszczem.
Zastanawiam się, patrząc na gasnący kontur Śnieżnika za koronami świerków, ile jeszcze mrocznych tajemnic i zapomnianych ludzkich dramatów śpi w głębi sudeckich lasów, czekając, aż ktoś potknie się o ich kanciaste, omszałe krawędzie.
Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum
Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:
- 🌲 Elektrociepłownia Szombierki i szyb Krystyna – ceglana katedra industrialna w Bytomiu – Industrialna katedra – rdzewiejące wieże wyciągowe i ceglane cegielnie spowite przemysłową historią. Moja wyprawa pod monumentalne… (Raport w archiwum)
- 🌲 Fabryka Benzyny Syntetycznej w Policach – betonowy ziggurat i mroczny labirynt Hydrierwerke Pölitz – Betonowy ziggurat i ruiny gigantycznej fabryki paliwa syntetycznego dla III Rzeszy w Policach. Poznaj mroczny labirynt Hydrierwerk… (Raport w archiwum)
- 🏚️ Studenne – zapomniane cerkwisko i pustka doliny Sanu pod granią Otrytu – Monografia wysiedlonej bieszczadzkiej wsi Studenne. Podmurówki cerkwi Zaśnięcia Bogurodzicy, cmentarne krzyże w zaroślach, dziki b… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
- 🏚️ Tworylne – ruiny dzwonnicy parawanowej i dworskie krypty w dolinie Sanu – Monografia wysiedlonej bieszczadzkiej wsi Tworylne. Monumentalna dzwonnica parawanowa, pusta krypta rodu Łęckich, aleja starych li… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.