swiatynie-i-zbory • • Autor: Cień Historii • 8 min czytania

Cerkiew w Hulskiem – bieszczadzki klasyk w dolinie potoku pożerany przez las

Bieszczadzki klasyk – ruinę dawnej świątyni i dzwonnicy powoli pożera las nad potokiem. Moja wędrówka przez zaginioną wieś bojkowską u stóp Otrytu.

Zarośnięte kamienne ściany cerkwi św. Paraskewy i dzwonnicy parawanowej w leśnej dolinie Hulskiego

Ścieżka przez knieję ku zapomnianej świątyni

Zostawiłam wysłużony samochód na skraju rozmokłego traktu leśnego za Zatwarnicą, tuż przed miejscem, gdzie droga traci resztki utwardzonej nawierzchni i przechodzi w głębokie koleiny wyżłobione przez ciężkie ciągniki zrywkowe. Był chłodny, zamglony poranek, a znad koryta Sanu i wcinającego się w masyw Otrytu potoku Hulski unosiły się gęste opary, osiadające zimną wilgocią na kurtce i trokach mojego plecaka.

Weszłam w głęboką dolinę samotnie, kierując się na południowy wschód wzdłuż bystrego ruczaju, którego szum całkowicie zagłuszał wszelkie odgłosy budzącej się karpackiej kniei. Szlak do nieistniejącej wsi Hulskie nie posiada żadnych oficjalnych znaków turystycznych; to dawna droga gruntowa, którą bieszczadzka przyroda metodycznie unicestwia od niemal ośmiu dekad.

Już po kilkuset metrach marszu gliniasta mada karpacka zaczęła oblepiać podeszwy moich butów grubą, śliską warstwą, utrudniając każdy krok. Na rozmiękłym poboczu, pośród wyraźnych odcisków racic dorodnego jelenia, zauważyłam świeży, szeroki trop wilczej łapy – drapieżniki regularnie schodzą z dzikiego grzbietu Otrytu ku dolinie Sanu, korzystając z całkowitego bezludzia panującego na tych zapomnianych rubieżach.

Przekroczenie potoku Hulski wymagało zdjęcia plecaka i zachowania szczególnej ostrożności: woda po niedawnych deszczach sięgała powyżej kolan, a skośnie ułożone ławice fliszu karpackiego pod lustrem spienionego nurtu okazały się zdradliwie śliskie, pokryte grubym kożuchem brunatnych glonów. Każdy krok na tych omszałych płytach piaskowca groził gwałtowną utratą równowagi i upadkiem w lodowatą topiel ruczaju. Wędrując po leśnych bezdrożach, podobny nastrój zapomnienia i wtopienia dawnych murów w leśne poszycie odnajdziemy, eksplorując Cerkiew w Wolicy, gdzie natura z równą cierpliwością zaciera dawne ślady człowieka.

Po sforsowaniu bystrego nurtu i wydostaniu się na lewy brzeg potoku wkroczyłam w przestrzeń, która niegdyś tętniła codziennym życiem bojkowskiej gromady, a dziś sprawia wrażenie pierwotnego matecznika puszczy karpackiej. O dawnej obecności człowieka w Hulskiem świadczą przede wszystkim zdziczałe sady – pokręcone pnie starych jabłoni i grusz oomszałych szarymi porostami, wyrastające spomiędzy potężnych kęp lepiężników i wysokich na dwa metry pokrzyw.

Konstrukcja murów, ocalałe sklepienia i zarys ołtarza

Poruszanie się tym terenem wymaga nieustannej czujności; pod gęstym dywanem jeżyn i paproci kryją się niebezpieczne pułapki w postaci zapadniętych piwnic kamiennych dawnych chyży bojkowskich oraz niezabezpieczonych studni z cembrowinami z łamanego piaskowca, których krawędzie uległy zatarciu przez narastającą warstwę próchnicy.

Zmierzyłam wzrokiem stok opadający w stronę potoku – grunt w wielu miejscach wykazuje tendencję do osuwisk, a kwas humusowy wypłukiwany z butwiejącej ściółki bukowej nadaje ziemi charakterystyczną, czarną barwę i ostry, torfowy zapach.

Wspinałam się powoli po rozmokłej terasie nadrzecznej, odgarniając kijem trekkingowym splątane pędy tarniny i dzikiego bzu, aż na niewielkim, wypłaszczonym wzniesieniu w zakolu jaru, w cieniu potężnych, wielowiekowych lip, wyrosły przede mną surowe, szare mury. Widok ten uderza z nagłą, monumentalną siłą: kamienna ruina cerkwi św. Paraskewy tkwi w gąszczu niczym bastion dawnego porządku, który las powoli, lecz bezwzględnie trawi w swoje trzewia. W szerszym kontekście historycznym regionu warto również uwzględnić Kościół w Miłoradzu, którego relikty ukryte w głębi lasu niosą ze sobą zbliżoną opowieść o dawnej potędze i nagłym zmierzchu.

Dzieje tej bieszczadzkiej świątyni są nierozerwalnie splecione z tragiczną historią Bojkowszczyzny i dramatem wyludnienia południowo-wschodnich rubieży Rzeczypospolitej. Wieś Hulskie została lokowana na prawie wołoskim w XVI stuleciu, najpewniej w latach 80. tego wieku, jako jedna z licznych osad wchodzących w skład rozległych dóbr możnego rodu Kmitów z Wiśnicza, panów na zamku Sobień i Lesku.

W regestrach poborowych ziemi sanockiej oraz późniejszych lustracjach przewijają się wzmianki o spokojnym rozwoju osady, której mieszkańcy trudnili się wypasem bydła, uprawą skrawków górskiej ziemi i pracą w lasach porastających stoki Otrytu. Pierwsza wzmiankowana w źródłach cerkiew była budowlą drewnianą, wzniesioną w tradycyjnym stylu bojkowskim, jednak pożar pod koniec XVIII wieku strawił ją doszczętnie. Obecną, murowaną świątynię greckokatolicką pod wezwaniem św.

Paraskewy Męczennicy wybudowano w 1820 roku z fundacji ówczesnego dziedzica dóbr Hulskie, Franciszka Leszczyńskiego, przy znacznym wysiłku i zaangażowaniu całej miejscowej gromady cerkiewnej wchodzącej w skład dekanatu lutowiskiego. Kres wielowiekowego trwania tej społeczności przyniósł koniec drugiej wojny światowej. W latach 1944–1946 dolina potoku stała się areną krwawych starć pomiędzy oddziałami Wojska Polskiego a sotniami Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Sakralne detale, leśny cmentarz i wiekowe nagrobki

W czerwcu 1946 roku polskie wojsko przeprowadziło przymusowe wysiedlenie większości mieszkańców do Związku Radzieckiego, a zabudowania wsi podpalono, by pozbawić zaplecza operujące w lasach pododdziały partyzantki. Ostateczny cios zadała Akcja „Wisła” wiosną 1947 roku, kiedy wywieziono na Ziemie Odzyskane ostatnie pozostałe rodziny.

W ten sposób z mapy Bieszczadów zniknęła cała wieś licząca niegdyś kilkadziesiąt numerów domów, młyńskie koła nad potokiem przestały się obracać, a jedynym niemym świadkiem dawnego życia pozostały grube mury świątyni.

Podeszłam pod ścianę zachodnią cerkwi, by z bliska ocenić technikę budowlaną i stan statyczny obiektu. Budowla została wzniesiona w klasycznym, trójdzielnym układzie liturgicznym charakterystycznym dla świątyń rytu wschodniego w Galicji: składa się z babińca na rzucie prostokąta, kwadratowej, znacznie szerszej nawy głównej oraz węższego prezbiterium zamkniętego od wschodu płytką absydą.

Jako podstawowego budulca użyto miejscowego piaskowca bieszczadzkiego, pozyskiwanego bezpośrednio ze zrywek skalnych i rumoszu rzecznego w korycie Sanu i potoku Hulski.

Ciosy kamienne o zróżnicowanej wielkości układano warstwowo w wątku przypominającym opus emplectum – zewnętrzne i wewnętrzne lica wykonano ze staranniej ociosanych bloków, natomiast rdzeń potężnych, mających blisko metr grubości ścian wypełniono drobnym łupkiem fliszowym i rzecznym otoczakiem, zalanym tłustą, hydrauliczną zaprawą wapienną z domieszką ruczajowego piasku.

W strukturze muru bez trudu odnalazłam zachowane kwadratowe otwory maczulcowe, w których podczas prac budowlanych przed dwoma wiekami osadzano poziome żerdzie drewnianych rusztowań. Choć sklepienia żeglaste i dach dawno uległy zniszczeniu, mury obwodowe zachowały się w zaskakująco dobrym stanie, sięgając niemal pierwotnej wysokości gzymsu podokapowego.

Historia parafii, dawni wierni i zawierucha dziejowa

W otworach okiennych o łukowych nadprożach zachowały się jeszcze żelazne szpony i fragmenty kowalskich kotew, w których niegdyś tkwiły mocne kraty chroniące wnętrze przed intruzami.

Przekroczyłam kamienny próg babińca, pod którym zalegała gruba warstwa wilgotnego mchu i próchnicy powstałej z gnijących liści. Wkroczenie do wnętrza opuszczonej świątyni wywołuje przejmujące wrażenie; brak więźby dachowej sprawia, że cała kubatura nawy została przejęta we władanie przez las. Pod stopami chrzęścił wapienny rumosz zmieszany z potłuczonymi dachówkami i kruchym piaskowcem.

Ze środka dawnej nawy, gdzie niegdyś stał drewniany ikonostas, wyrastają prosto ku niebu potężne, kilkudziesięcioletnie buki i jawory, których rozłożyste korony tworzą naturalne, żywe sklepienie zastępujące zniszczony strop. Korzenie tych drzew, poszukując wody i składników odżywczych, wniknęły głęboko w spoiny posadzki i rozsadzają fundamenty, a ich pnie ocierają się o ocalały, półkolisty łuk tęczowy oddzielający nawę od sanktuarium.

Podeszłam ostrożnie w stronę dawnego prezbiterium, uważając na zwisające z korony murów niestabilne fragmenty kamieni polnych – procesy wietrzenia mrozowego i bezlitosne działanie kwasów organicznych sprawiają, że zaprawa wapienna na szczytach ścian ulega ciągłemu wypłukiwaniu, co grozi samorzutnym odspojeniem się głazów.

Gdzieś pod grubym kobiercem paproci i naniesionej przez wiatr ściółki spoczywa pęknięta płyta nagrobna Andreja Kowala, zmarłego w 1904 roku, o której wspominają powojenne inwentaryzacje konserwatorskie. Wyposażenie cerkwi zostało rozgrabione zaraz po wysiedleniach; ocalał jedynie kuty z żelaza krzyż wieńczący pierwotnie kopułę babińca, który w latach powojennych zabezpieczono i przewieziono do cerkwi w Chmielu.

Kilkanaście metrów na zachód od bryły świątyni wznosi się wolnostojąca, dwukondygnacyjna dzwonnica parawanowa, będąca integralnym elementem całego założenia sakralnego z 1820 roku. Obiekt ten wzniesiono na rzucie wydłużonego prostokąta z tego samego łamanego piaskowca bieszczadzkiego, zachowując surową prostotę architektoniczną. W dolnej kondygnacji dzwonnicy wybudowano szeroki, sklepiony kolebkowo przelot bramny, który niegdyś stanowił główne wejście na teren uświęconego placu cerkiewnego, prowadząc wiernych wprost przed portal zachodni.

Cisza leśnej nawy i sacrum pośród drzew

W górnej kondygnacji zachowały się trzy smukłe, półkoliście zamknięte arkady dzwonowe, z których niegdyś spoglądały spiżowe dzwony, wzywające mieszkańców Hulskiego na nabożeństwa i bijące na trwogę w obliczu burz przetaczających się nad Otrytem. Dziś puste przeźrocza arkad kadrują jedynie gałęzie drzew i zachmurzone bieszczadzkie niebo. Na południe od świątyni rozciąga się dawny cmentarz grzebalny, wciśnięty w opadający ku potokowi stok.

Przedzierając się przez gęste chaszcze paproci i kolczastych jeżyn, zdołałam odszukać pięć zachowanych cokołów nagrobnych wykonanych z litego piaskowca. Choć większość żeliwnych krzyży kowalskich padła ofiarą rdzy lub została zniszczona przez wiatrołomy, na jednym z pochylonych pomników odczytałam z trudem zatarte inskrypcje ryte cyrylicą, w których deszcze i mchy wyżłobiły głębokie bruzdy.

Cmentarz otaczają gigantyczne, kilkusetletnie lipy – ich pękate pnie z wypróchniałymi dziuplami pamiętają jeszcze czasy pierwszych osadników wołoskich.

Przed opuszczeniem cerkiewnego wzgórza zeszłam jeszcze niżej w kierunku bystrego koryta potoku Hulski, gdzie pośród kęp parzących pokrzyw i rozłożystych pióropuszników natrafiłam na pozostałości dawnej infrastruktury gospodarczej wsi. W załomie jaru zachowały się zarysy kamiennej młynówki oraz potężne, ociosane bloki piaskowca stanowiące podwaliny wodnego młyna i tartaku, które przed wojną zaopatrywały całą okolicę w mąkę i tarcicę bukową.

Dziś hucząca woda omija zmurszałe resztki zastawek, a cała dolina pozostaje całkowicie odcięta od współczesnej cywilizacji – brak jakiegokolwiek zasięgu telefonii komórkowej potęguje poczucie osamotnienia w sercu karpackiej głuszy. W wilgotnym mule przy korycie zauważyłam kolejne tropy leśnych mieszkańców: świeże rycie watahy dzików oraz charakterystyczne, zaokrąglone odciski łap rysia, dla którego urwiska Otrytu stanowią jedno z ostatnich bezpiecznych schronień w Europie.

Obserwacja ta przypomniała mi o konieczności zachowania wzmożonej czujności – dzikie ostępy pasma Otrytu to matecznik niedźwiedzi brunatnych, które w gęstych młodnikach i powalonych wiatrołomach zakładają swoje gawry.

Szacunek dla miejsca i praktyczne wskazówki dojścia

Spędziłam w ruinach Hulskiego kilka godzin, badając każdy metr spękanych murów i sporządzając notatki w skórzanym szkicowniku, podczas gdy dzień powoli chylił się ku upadkowi. Kiedy słońce schowało się za wysoki, zalesiony grzbiet Otrytu, dno doliny błyskawicznie wypełniło się chłodem i głębokim, szarym cieniem.

Wilgoć bijąca od potoku Hulski stała się jeszcze bardziej przenikliwa, a z zarośli zaczął unosić się intensywny zapach butwiejącego drewna, mokrego piaskowca i żywicy jodłowej. Spakowałam latarkę i miarkę do plecaka, dopięłam pas biodrowy i ruszyłam w drogę powrotną, raz jeszcze spoglądając na szczerbate kontury dzwonnicy majaczące pośród buczyny.

Przeprawa przez wezbrany nurt potoku w półmroku wymagała zdwojonej czujności – woda uderzała z głuchym łomotem o zatopione głazy, a śliskie dno fliszowe niemal wymykało się spod wibramów. Gdy wreszcie dotarłam do traktu wiodącego w stronę Zatwarnicy, dolinę ogarnęła absolutna cisza, przerywana jedynie dalekim pohukiwaniem puszczyka i jednostajnym szumem karpackiej wody.

Cerkiew w Hulskiem została za moimi plecami, powoli rozpuszczając się w bieszczadzkim mroku, bezskutecznie czekając na dzwony, które już nigdy nie obudzą uśpionej doliny. Czy wędrując po bieszczadzkich bezdrożach natknęliście się kiedyś na inne, równie zapomniane cerkwiska ukryte głęboko w leśnych dolinach karpackich potoków?

Powiązane wyprawy i leśne monografie w archiwum

Planując kolejne wyprawy szlakiem zapomnianych obiektów, warto uwzględnić poniższe monografie z naszego archiwum terenowego:

  • ⛪ Cerkiew w Wolicy – ruiny greckokatolickiej świątyni w wysiedlonej dolinie – Opuszczona, murowana cerkiew w nieistniejącej wsi – drzewa rosnące wewnątrz nawy. Jak odnalazłam zapomniane ruiny w dolinie potoku… (Raport w archiwum)
  • ⛪ Opuszczona cerkiew w Dziewięcierzu – kamienne krzyże bruśnieńskie i pamięć Podlesia – Pomiędzy wzgórzami Roztocza Wschodniego a linią granicy stoją ruiny cerkwi i kamienny cmentarz. Eksploracja wysiedlonego Podlesia … (Raport w archiwum)
  • ⛪ Kościół w Miłoradzu – gotycka zendrówka, mennonickie stele i wiatry Żuław – Czerwona krzyżacka cegła, drewniana wieża i zapomniane stele nagrobne pośród płaskich pól Żuław Malborskich. Odkryj sekrety XIV-wi… (Zapowiedź w cyklu publikacji)
  • ⛪ Kościół w Orzechowie – samotna świątynia wysiedlonej warmińskiej wsi – Zapomniana wieś, z której zostali tylko ludzie na cmentarzu i opuszczona czerwona świątynia w lesie. Jak rządowy ośrodek w Łańsku … (Zapowiedź w cyklu publikacji)

Każda z tych leśnych monografii przybliża fenomen miejsc, w których architektura minionych stuleci stała się nierozerwalną częścią dzikiego ekosystemu.

Lokalizacja i współrzędne

Położenie w terenie: Średni szlak
Bieszczady / Dolina Sanu • w pobliżu: Lutowiska / Zatwarnica
49.2558° N, 22.5694° E

Etyka i Bezpieczeństwo Odkrywcy

Stan obiektu: Ruiny bez zadaszenia / Śliskie kamienie, jary i zarośla pokrzyw. Obiekty w głębi lasów nie posiadają barierek ochronnych ani oświetlenia. Nigdy nie wchodź na niestabilne korony murów, zbutwiałe belki stropowe ani w nieoświetlone podziemia.

Zasada w lesie: Zabieramy tylko zdjęcia, zostawiamy tylko odciski butów. Szacunek: Nie ruszamy starych kamieni ani roślinności naskalnej.
CH
Cień Historii

Wędrowniczka & leśne ścieżki

Szukam w lasach starych murów, zapomnianych torowisk i miejsc, o których powoli zapominają mapy. Żadnego biura podróży, po prostu ciekawość, plecak i dobre buty.